POST-HC.PL
strona główna o nas redakcja kontakt neutralsounds

Sziget Festival 2015: Ekipa na Wyspie Wolności #part3

30 Sep 2015 | Sylwia Sarama

Witam ponownie, w trzeciej, mocno spóźnionej i niemal ostatniej części mojej relacji z tegorocznej edycji Sziget Festival. W tej porcji tekstu poznacie moje odczucia dotyczące kolejnych dwóch dni imprezy – tj. Piątku i Soboty. Niestety, mimo szczerych chęci dodania do tego tekstu także Niedzieli, nie udało mi się skończyć jej opisu na czas. Tak więc jeżeli ktoś faktycznie to czyta, to na ostatni dzień festiwalu ‘w skrócie’ musi jeszcze nieco poczekać. No ale przejdźmy do rzeczy…

Tutaj znajdziecie poprzednie części tego wpisu: #1; #2, a poniżej obiecany ciąg dalszy.

Dzień 3

Naszą kolejną dobę na wyspie rozpoczynałyśmy standardowo już oczekując na pierwszą gwiazdę Main Stage, razem z garstką innych ludzi, którym udało dotrzeć się na płytę jeszcze przed godziną 16-stą (Jak wszyscy dobrze wiemy, ciężka to sprawa po upojeniu alkoholowym). Zjawiając się oczywiście nie wcześniej jak na ostatnią chwilę poświęciłyśmy dłuższy moment (tj. z 5 minut), by ulokować się w pobliżu sceny po naszej ulubionej stronie i nim zdołałyśmy nacieszyć się swobodą ruchów jaka była nam dama mogłyśmy już oglądać początek występu Awolantion. Pogoda idealna jak na kapelę z Kalifornii, przyszło nam więc podziwiać ‘densy’ (bo jak inaczej to nazwać?) frontman’a – Aaron’a Bruno w pełnym słońcu. Nie przeszkadzało to jednak w cieszeniu się występem, dodatkowo zgromadzeni festiwalowicze mogli usłyszeć w jego trakcie równą dawkę zarówno starszych jak i nowszych kawałków – a to się ceni! I chociaż płyta “Run” studyjnie średnio do mnie trafiła, na żywo unowocześnione brzmienie formacji przypadło mi do gustu, ciepło wspominam utwory “Hollow Moon (Bad Wolf)” czy “I Am”. Tłum miał też okazję usłyszeć sztandarowy “Sail”, który o ile się nie mylę robi teraz za tło jakieś reklamy w polskiej telewizji, a ostatnio pojawił się nawet w radiu Eska – czego akurat po oryginalnej wersji tej rozgłośni radiowej tego się nie spodziewałam. Pozytywnie wypadł też inny singiel grupy, chociaż trochę mniej znany w naszych stornach – “Burn It Down”. Z naszego zbioru gwiazd kolejną jaką przyszło nam oglądać 1/48 dnia później była druga wokalistka z Wysp Brytyjskich, której nieco się obawiałam z racji mojego nikłego uwielbienia do ‘dam’ z mikrofonem… Marina and The Diamonds. I o ile w przypadku Ellie, którą oglądałyśmy dzień wcześniej moje obawy po części się niestety potwierdziły tak tutaj wszelkie ‘ale’ zostały rozwiane po pierwszych taktach “Bubblegum Bitch”. Brytyjka doskonale odnajduje się w swojej roli, a tłum wiernie podąża za jej przykładem. Widać to było doskonale gdy “Primadonna” przez te kilkaset osób pod sceną została odśpiewana niczym hymn, a nie gorzej było przy “Lies”, “Hollywood” czy najbardziej rozpoznawanej piosence “How To Be A Heartbreaker”. Ale chwila czyżbym wymieniła tylko utwory ze starszych wydawnictw? Pozwolę sobie więc zaznaczyć, że podobnie sprawa miała się z numerami z krążka noszącego nazwę “Froot”, który na rynku pojawił się dopiero w tym roku. I jeżeli chodzi o ten album festiwalowa setlista zawierała między innymi “Blue”, “I’m a Ruin” czy tytułowe “Froot”. I chociaż mi osobiście drugi z nich w czasie tego koncertu absolutnie nie przypadł do gustu, to wszystkie trzy spotkały się z pozytywnym odbiorem towarzyszących mi na około ludzi. Przyznaję raz jeszcze, że Marina zasługuje na Main Stage w 100% i napomknę tylko, że oddam cenne organy za namiary na sklep z różowymi sandałami, w których artystka się zaprezentowała – ‘butoholizm’ to ciężka rzecz.

Przeskakujemy dalej, gdzie na kolejny koncert, który grała grupa The Subways dotarłam nieco spóźniona… i między innymi z tego względu nie mam co powiedzieć. Wszyscy wiemy, że Brytyjczykom nie można zarzucić nic poza przewidywalnością ich posunięć na scenie (: Sami fani zgromadzeni w namiocie dobrze się bawili i podobnie jak ja nie narzekali na nic. Największe poruszenie wywołało oczywiście „Rock & Roll Queen”, czyli po staremu nic nowego. Tymczasem zaraz po zakończonym koncercie anglików, przyszedł czas na sparing pod main stage … pamiętam jak dziś, że rok temu z zakończonego koncertu grupy Kasabian biegłam na Limp Bizkit, w tym roku po cześć role się odwróciły i swoje nogi męczyłam właśnie ze względu na trwający już od 5-10 minut koncert wyspiarzy. Zdążyłyśmy się pojawić w sam raz by usłyszeć „Eez-Eh”, czyli najbardziej chwytliwy kawałek z ostatniego krążka (pomimo idiotycznego przekazu, pozostaje moim ulubieńcem). Przy okazji, wybaczcie jeżeli gdzieś na jakimś filmie festiwalowym, zobaczycie grupkę ludzi, która nie oglądała koncertu a ‘bawiła się’ we własnym gronie do muzyki w nieco inny sposób niż inni – to mogłyśmy być my (: Ostatecznie jednak, na Kasabian narzekać nie możemy po raz kolejny nie zawiedli moich oczekiwań i bawiłam się równie dobrze zarówno do „Fire” czy „Shoot The Runner”. Niestety nie zostałyśmy tam do samego końca, bo już trzeba było się zbierać na kolejny występ. W słynnym już namiocie – rozkładał się Jamie Woon… Spokojne rytmy, spokojny tłum wsłuchujący się w hipnotyzujący wokal, który było kiepsko słychać (nagłośnienie w namiocie nigdy nie powala ale tutaj się wybitnie nie postarali) + „Lady Luck” <3 – tak w skrócie mogę opisać ten występ. I chyba nie mam nic więcej do dodania w tej kwestii. Jeżeli chodzi o show jakie zaprezentował szwedzki DJ – Avicii, w pierwszej kolejności musimy się cieszyć, że tego występu też nie odwołał jak tych późniejszych. Warto też zaznaczyć, że mimo iż sam festiwal nie jest najlepszym miejscem dla epileptyków, tak ten wieczór w szczególności nie przypadłby im do gustu. Na telebimach mogliśmy oglądać migające ‘obrazy’ w czarno-białych kolorach, a na około sceny było mimo to bardziej kolorowo niż na Mardi Gras. Ale skoro już się pojawił, to trzeba przyznać iż nie bez powodu ma taką rangę jaką mu przypisują – ze spokojem można było potańczyć do radiowych wyjadaczy takich jak „Wake Me Up” albo „Hey Brother”, pośpiewać trwający w pamięci refren do nieco nowszego szlagiera jakim jest „Waiting For Love” czy pomachać rączką do czegokolwiek niczym Belgowie oblegający bar. Pozostańmy jeszcze na chwilę w podobnym muzycznym klimacie i zwróćmy uwagę na Knife Party. Całego setu Australijczyków niestety nie miałam okazji zobaczyć, fragment na który dotarłam przypadł mi jednak do gustu i chętnie nadrobiłabym straty spowodowane chęcią zapadnięcia w sen zimowy.

Dzień 4

Przedostatni dzień na festiwalu rozpoczynałyśmy od dość specyficznego, żeby nie powiedzieć dziwnego artysty jakim jest pochodzący z Holandii (a jak) wokalista Jett Rebel. Pomimo tego, że przyjmowałyśmy zakłady czy artysta rozbierze się na scenie do końca czy też jednak nie (odpowiadam – nie) to trzeba przyznać, iż z przyjemnością spędziłyśmy w namiocie tę godzinę z lekkim kawałkiem. Gdyby jednak poddać rozważaniu to co wypadło najlepiej z muzycznej strony… to niestety zdecydowanie opowiem się za utworami z „Venus & Mars” (dwie EP-ki połączone w album i wydane w zeszłym roku), ponieważ drugi album “Hits For Kids” generalnie mi nie podchodzi. Najbardziej w pamięci utkwił mi kawałek “Tonight”, który jest doskonałym reprezentantem kawałków z pierwszego wydawnictwa – energiczny numer, szalone gitary i porwany tłum, tak to mniej więcej wyglądało. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że coś mi ten numer przypomina, nie mam jednak pojęcia co dokładnie (ktoś, coś?). Również ze wspomnianego wyżej albumu należy wyróżnić piosenki “Louise” i “Do You Love Me At All”, gdzie w przypadku tej drugiej i najbardziej znanej po prostu nie ma szans na to, by nie wpadła w ucho. Koncert nieco nam się przeciągnął udało nam się jednak bez problemu zdążyć na równie dziwnych co ich poprzednik reprezentantów kalifornijskiej muzyki nu-metalowej, rapcore – jak zwał tka zwał, a mowa oczywiście o Hollywood Undead. Panowie mieli przed sobą ciężkie zadanie zatarcia kiepskiego wrażenia, jakie na mnie wyrwali miesiąc wcześniej na Rock For People (O tym przeczytacie tutaj) i poniekąd im się to udało. Już tłumaczę dlaczego nie w pełni, otóż nadal nie trafili do mnie doborem piosenek do setlisty, tym razem jednak posiedli nieco więcej siły życiowej i mieli lepszy kontakt z zebraną pod sceną publicznością, a to jak dobrze wiemy należy cenić i chwalić. Wracając jednak do doboru utworów, nie zabrakło szlagierów „Comin’ In Hot”, “Undead”, “Bullet”, “Dead Bite” czy najnowszych “War Child”, “Gravity” albo “Day Of The Dead”, mimo to nadal wiele chętnie bym tam zmieniła – niestety nie można mieć wszystkiego.

O ile się nie mylę (a wiem, że nie) ostatnią gwiazdą tegorocznego Open’era był zespół Major Lazer, tutaj otrzymali nieco mniej zaszczytne miejsce w rozpisce godzinowej jednak mimo to postanowiłam sprawdzić czym też ludzie się tak ‘jarali’ zaraz po naszym rodzimym festiwalu. Niestety poza utworem „Lean On”, który katował mnie na każdym kroku do tego stopnia, że go polubiłam, nie odnalazłam w tym koncercie nic porywającego. Pierwszą połowę spędziłam na unikaniu ‘węży’ ludzi wychodzących spod sceny akurat w pobliżu mojej miejscówki – bo tak należy robić jedna piosenka przed samą barierką, a następnie przepychanie się przez tłum w trakcie kolejnych 10-ciu, seems light. Druga połowa wydała mi się już nieco lepsza, prawdopodobnie przez obecność wspomnianego wyżej kawałka, do tego dodam też „Powerfull”, gdyż nie wypadło najgorzej. Nie należy też zapomniać, że w czasie tej fajniejszej części koncertu ludzie w końcu zdecydowali się na pozostanie na swoim miejscu, a ci najbardziej wku… denerwujący już zdołali wydostać się na piwko w namiocie czy gdzie to oni się tak przepychali. Podsumowując koncert średni, nic co koniecznie musiałabym zobaczyć jeszcze raz, pytam więc dlaczego wszyscy inni są zachwyceni??! Oo Na Gregoran’a Bregowic’a zaszłyśmy przypadkiem gubiąc drogę z punktu A (jedzenie) do Main Stage, gdzie swój koncert rozpoczynali już Kings Of Leon. Skoro jednak tak się stało, to zostałyśmy na chwilę posłuchać co omija nas na Mastercard’s World Stage – „a kto z nami nie pije tego we dwa kije” – i tak trafiłyśmy akurat na ten utwór … Ostatecznie spóźniłyśmy się na występ amerykanów około 15 minut, nie najgorzej gdy tracisz zmysł orientacji w terenie (a to często mi się zdarzało tego dnia). Dodatkowo odnoszę wrażenie, że nie straciłyśmy nic co mogłoby nas w jakiś sposób zaskoczyć… Nie paliłam się do oglądania amerykanów, nawet pomimo tego iż nigdy wcześniej nie miałam ku temu okazji. Ulokowałyśmy się więc w odległej części tłumu, daleko od fanek i ich sztucznego podniecenia. Tego ostatniego, nikt u mnie nie wypatrzył w czasie tego koncertu, muszę jednak przyznać, że kilka kawałków wypadło naprawdę pozytywnie – „Temple” czy „Use Somebody”, gdzie w normalnej wersji ani jedna z tych piosenek do mnie nie przemawia. Jednak moim niepojednanym faworytem będzie zawsze piosenka „Sex On Fire” (takie typowe co?), dla której warto było się poświęcić i zostać do samiutkiego końca tego występu.

Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała też o imprezie „Przy Namiotach” (wersja robocza, nazwy już drugi rok staram się wypracować lepszą). Chociaż codziennie leciało tam dokładnie to samo, a po ostatnim koncercie na głównej scenie rock’owa muzyka przemieniała się w trapy/rapy i tego typu rzeczy to i tak jest to najbardziej wesołe miejsce na całej wyspie. A to Hiszpanie porywają cię do tańca, a to spotykasz interesujące osobistości z zakrytą twarzą, które tańczyć ni cholery nie potrafią. Tego dnia miałyśmy szczęście trafić na minimum trzy tego typu osobistości, z czego dwie stały się naszymi nowymi zagranicznymi ‘znajomościami’ → także potwierdziłyśmy multi-narodowość festiwalu i wymienianą w nazwie wolność, a przy okazji powiększyłyśmy nasze skromne grono przed Bassjackers gdzie trafiłyśmy następnie. Jak się jednak okazuje im nas więcej, tym weselej i nie za bardzo skupiłam się na tym co było grane, albo jak zachowywali się inni. Ważne jest jednak to, że miałam okazję potańczyć, a duet producent/dj przygrywał na tyle dobrze iż nie trzeba było uciekać z Telekom Areny.

A potem nastał deszcz i trzeba było sp… udać się w ciepłe miejsce (;
Koniec części trzeciej, jak się okazało nadal nie ostatniej.

Komentarze: