Sziget 2017: Budapeszt jak co roku ożył falą koloru.

2018 February 3 | Sylwia Sarama


Zapewne wielu z was zdążyło się już zorientować, że w ciągu ostatnich czterech lat spędzam tydzień na budapesztańskiej ‘Wyspie Wolności”, którą większość kojarzy z Sziget Festival. Od tego czasu niezbyt wiele się zmieniło i w tym roku część wakacji również spędziłam w stolicy Węgier. A to z kolei oznacza, że ponownie mam trochę opowieści i opinii, którymi mogę się z wami podzielić – tak więc zaczynamy opis moich wrażeń z tegorocznej edycji węgierskiego festiwalu.

Rozpoczynamy oczywiście od samego początku czyli dnia minus jeden, który dla uczestników festiwalu z tygodniowym biletem nie oznacza nic innego jak rozpoczęcie zabawy. Na ten konkretny dzień zaplanowałam zobaczenie jedynie dwóch koncertów i tak się złożyło, że oba miały miejsce na głównej scenie. Pierwszy z nich to występ kanadyjskiej formacji, która w swoim kawałku muzycznego świata osiągnęła już wszystko co tylko mogła czyli Billy Talent. Drugi koncert zaś, to dla mnie klimaty dalekie od tych zwyczajowych, a więc pop i piosenkarka P!nk. Występ Kanadyjczyków był intensywny, pełen pasji i energii bijącej wprost ze sceny. Z pewnością był to najlepszy możliwy wybór na ten wieczór. Zespół poświęcił dłuższą chwilę na zagranie starszych kawałków jednak większość czasu poświecił na promowanie swojego najnowszego wydawnictwa, “Afraid of Heights”, który notabene do najgorszych nie należy. Z drugiej strony barykady mamy P!ink, wokalistkę zdecydowanie inną niż wszystkie otaczające ją konkurentki w pop-owym świadku. Piosenkarka okazała się być świetną wokalistką nie tyle co w studiu, a na żywo – Fakt, że śpiewa swoje piosenki na żywo już świadczy o tym, że jej koncert wart jest przeżycia, chociażby po to by zaspokoić własną ciekawość.

Zabawna historia… drugiego dnia lista występów, które chciałam zobaczyć znacznie się wydłużyła, a to ci niespodzianka! Wszystko rozpoczęło się od Tom’a Odella występującego w tym roku na głównej festiwalowej scenie (przypominam, w 2014 roku grał w namiocie). Udałam się na jego koncert aby sprawdzić czy brytyjski wokalista wciąż potrafi ‘zanudzić mnie na śmierć’ i okazuje się, że tak jest w stanie to zrobić. Jednak tym razem parę razy udało mu się wykrzesać z siebie nieco życia, a to z kolei udzieliło się również i mnie oraz zgromadzonej publice. Dla Toma jest więc jeszcze nadzieja, jednak jego koledzy z Wysp Brytyjskich tego dnia pokazali jak faktycznie powinien wyglądać dobry, żywiołowy koncert. Mowa tutaj oczywiście o szkockiej grupie Biffy Clyro, która tego dnia definitywnie zawładnęła moim sercem. Formacja oddaje tyle emocji w swoich występach, że po prostu nie sposób im się oprzeć. Do tego trzeba dołożyć też świetne wykonanie ich największych hitów takich jak “Who’s Got a Match?”, “Many of Horror” czy “Opposite”. To wystarczyło by porwać tłum grupa nie zapomniała jednak o tym by z publiką podzielić się też swoimi najnowszymi kawałkami promującymi ich ostatni album “Ellipsis”. Mieliśmy więc okazję usłyszeć “Animal Style” i “Wolves of Winter”. Po krótkiej lecz intensywnej przerwie udałam się zobaczyć występ grupy The Vaccines. Po raz pierwszy od powrotu na wyspę interesujący mnie koncert odbywał się w namiocie A38 – możecie wyobrazić sobie moje zdziwienie gdy okazało się, że jednocześnie bęzie to pierwszy raz z dobrze zrobionym nagłośnieniem w tym miejscu (Ewentualnie po czterech latach moje pragnienia przyćmiły zdrowy rozsądek i po prostu mi się zdawało). Ta niespodziewana zmiana sprawiła, że odbywające się w namiocie występy były nieco bardziej ‘do zniesienia’ aniżeli przez trzy poprzednie lata. Taka tam mała zmiana na plus (: Wracając do koncertu Brytyjczyków, chciałabym powiedzieć, że moje serce ponownie zostało ukradzione – ale nie zdążyło wrócić na swoje miejsce po występie Biffy Clyro. Ni mniej jednak The Vaccines na scenie pokazali, że uwielbiają to co robią, a robią to niesamowicie dobrze. Do tego przyjemnie śpiewało się razem z tłumem “Handsome” czy też “Post Break-Up Sex”. Dzień zakończyłam wraz z setem W&W w Telekom Arenie, holenderscy producenci zaserwowali taneczną ucztę wszystkim zgromadzonym. Chociaż nadal wybitnej muzyki akurat po nich nie należy się spodziewać : )

11 Sierpnia rozpoczął się dla mnie od jednej wielkiej zagadki, szybko wyjaśniło się jednak, że Rudimental nadal do mnie nie trafia. Formacja pokazała dosłownie to samo co zobaczyłam w czasie ich koncertu w czasie Sziget 2015. Ich muzyka nie dość, że nie należy do moich klimatów to jeszcze sama forma jej grania mi absolutnie nie odpowiada. Podobnie z resztą sprawa miała się z pozostałą częścią wykonawców przewidzianych na ten dzień, dlatego też po za powyższą formacją udałam się zobaczyć jeszcze tylko grupę – Kasabian. W przypadku Anglików również wiedziałam czego mogę się spodziewać poprzez swoje poprzednie koncertowe doświadczenia. No i oczywiście nie pomyliłam się, tutaj jednak jakakolwiek zmiana nie byłaby korzystna :D Tak więc cieszył mnie fakt, że grupa pokazała swoją klasę, jednocześnie zmieniając co najwyżej utwory na setliście. Co w sumie było do przewidzenia skoro w tym roku na rynku ukazał się ich najnowszy krążek, „For Crying Out Loud”. Usłyszałam więc “You’re in Love with a Psycho” i “Bless This Acid House”, ale nie brakło też podstawowych hitów kapeli takich jak “Shoot the Runner” , „Fire”, „Vlad The Impaler”, „Days Are Forgotten” czy dziwacznego „Eez-Eh”.

Zaskakująco środkowa część festiwalu to jego najlepsza część (Czyli jak zazwyczaj), w czasie czwartego dnia na wyspie miałam okazję na scenie zobaczyć Galantis, Macklemore’a & Ryan’a Lewis’a, The Courteeners, Bad Religion, Throttle i Olivera Heldens’a. Patrząc na liczbę wymienionych tutaj wykonawców łatwo można zauważyć w jaki sposób został rozłożony tegoroczny line-up, pojawia się też pytanie czy warto było płacić kupę pieniędzy za tygodniową wejściówkę. Ja mam na ten temat swoje zdanie, które już nie raz zdarzało mi się wyrażać w niektórych postach – tutaj więc odpowiedź zostawię pod wasze rozważania. Tymczasem skupmy się już na wydarzeniach z tego dnia rozpoczynając od elektronicznego trio czyli Galantis, Throttle i Oliver Heldens. Właściwie odważę się wysunąć wniosek, że było to jedno z najlepszych doświadczeń z muzyką elektroniczną jakie miałam do tej pory. Szczerze polecam zapoznanie się z twórczością całej trójki, w szczególności młodego Australijczyka – Throttle. Odchodząc jednak od muzyki tworzonej przy pomocy ‘stołu z guzikami’ tego dnia udało mi się sprawdzić też wiele gitarowych brzmień – czyli czegoś co zdecydowanie bardziej do mnie trafia. Ta część historii rozpoczyna się od występu The Courteeners w moim ulubionym namiocie (A38). Odpoczęłam i zrelaksowałam się tam przy typowym brytyjskim graniu, nic specjalnie ciężkiego za to zdecydowanie były to chwytliwe melodie, po które sięga się z przyjemnością. Warto zwrócić jednak uwagę na fakt, że na żywo kapela brzmi niemal całkowicie inaczej aniżeli na swoich płytach i jeżeli mam być szczera to opcja live odpowiada mi zdecydowanie bardziej! Zaraz po mojej sesji wypoczynkowej nastał czas by nieco się spocić przy graniu punkowej legendy – Bad Religion. Formacja po 30 latach na scenie nadal wie jak porwać zgromadzony pod sceną tłum dobrze się przy tym bawiąc. Po prostu nic dodać nic ująć. Nieco później w tym samym miejscu miałam okazję obejrzeć po raz kolejny występ Crystal Fighters. Koncert okazał się być jednym z tych nielicznych przypadków, gdy drugi raz okazał się być znacznie lepszy aniżeli pierwszy. W 2014 roku nie byłam w stanie słuchać grupy i szybko się ulotniłam z koncertu, w 2017 przetrwałam jego większość z uśmiechem na twarzy – proszę bardzo jak człowiek potrafi zmienić swoje podejście w ciągu paru lat. Ktoś zapytałby dlaczego wspomniałam o większości koncertu, cóż festiwal rządzi się nadal swoimi prawami i nim jedni skończyli ja już musiałam przespacerować się do innej sceny by zobaczyć innych – w tym wypadku byli to Macklemore & Ryan Lewis (i ponowna powtórka z rozrywki). Duet znany głównie z kawałków „Thrift Shop” i „Can’t Hold Us” zgromadziło prawdziwe tłumy pod sceną, ale niczego nowego tym biednym duszyczkom nie pokazali. Oczywiście porównując ten występ do tego z poprzednich lat pojawiło się parę nowszych utworów włączając w to między innymi “Downtown”, ale po za tym całe wydarzenie nadal kręciło się wokół wspomnianych wcześniej dwóch najbardziej znanych kawałków. I chociaż tak bywa zazwyczaj to w tym wypadku ta sytuacja aż razi po oczach .stop. uszach, zgromadzeni ludzie wydali kupę pieniędzy na bilet tylko po to by usłyszeć te dwie piosenki bo innych po prostu nie znali, ba nawet nie raczyli ich sprawdzić – efektem czego koncert to dwa kawałki, baaardzo długa przerwa na piwo i ledwie garstka wiernych fanów rapera pod sceną…

Kolejny dzień i kolejne niespodzianki przeznaczone dla mych uszu, a raczej niespodzianka gdyż na te 24 godziny przypadła niestety tylko jedna. Ową przyjemnością okazał się być występ Brytyjczyków z grupy Hurts, chociaż nie przypuszczałam, że zaprezentują na scenie aż tak dobre show. Tymczasem okazało się, że duet swoim perfekcyjnych synthpop’em zwalił na kolana mnie i resztę zgromadzonej publiczności. Polecam sprawdzić “Wonderful Life” w wersji koncertowej, bo zdaje się ten utwór najlepiej oddaje to jaką mocą dysponuje grupa w czasie swoich występów. Niestety tyle byłoby z mych lepszych wspomnień… Druga grupa z Wysp Brytyjskich okazała się być moim największym zawodem. White Lies, gdyż to o nich mowa na żywo nie spełnili moich oczekiwań a co za tym idzie upewnili mnie, że zdecydowanie wole ich studyjne nagrania nie bez powodu. Technicznie koncert był dobrze zagrany, ale brak żywotności zarówno w utworach jak i w kontakcie z tłumem zdecydowanie mi nie odpowiada. Na koniec zostawiłam sobie, amerykański duet – The Chainsmokers, po którym nie ma co się oszukiwać za wiele się nie spodziewałam. Wyszło szydło z worka, grupa tak rozpowszechniana w ciągu ostatnich miesięcy, okazała się być równie słaba jak ich hity tworzone na jedno kopyto. To wręcz skandal, że nazwano ich gwiazdą wieczoru – naprawdę, jeżeli ktoś chce posłuchać muzyki elektronicznej, która jest grana w radiu to już lepiej wybrać się na Martina Garrix’a czy Davida Guette…

Nastał czas na mój szósty a zarazem ostatni dzień na wyspie w czasie tej edycji festiwalu. Doba ta zapowiadała się iście intrygująco, lista wykonawców których chciałam zobaczyć była imponująca – tutaj jednak okazało się, że zmęczenie wzięło górę i poległam jeszcze przed finałem. Z przykrością muszę poczekać na inną okazję by zobaczyć występ Don Diablo, ale po za tym mam kilka innych smaczków by się nimi podzielić. Rozpoczynając chociażby od piosenki „Budapest”, która już samą nazwą zasłużyła na tytuł przewodniego kawałka imprezy. George Ezra, który jest autorem tego numeru na głównej scenie gościł jako pierwszy i dobrze się tam zaprezentował. Jedak czy jego show jest godne zobaczenia ponownie? Chyba nie… Dalej mamy ananasy, dużo ananasów, chociaż kapela zdaje się nazywać Glass Animals to szklanych figurek zwierząt nie uświadczyłam … Właściwie był to koncert, na którym nie planowałam się znaleźć – nie żałuje jednak, że stało się inaczej. Kreatywna, wypełniona pasją muzyka wpadła mi w ucho i chyba już zostanie w mojej głowie. Oczywiście fakt, że jestem ogromnym fanem ananasów nie miał na to żadnego wpływu! :) Two Door Cinema Club, to formacja która zapewniła mi niespodziankę pokroju White Lies, spodziewałam się dużo więcej,a skończyłam mocno zawiedziona … ni mniej ni więcej “What You Know” usłyszałam i chociaż tyle dobrego spotkało mnie w ciągu tej godziny.

Ostatecznym starciem z tym dniem byłą walka z fanami Major Lazer. Koncert przepełniony kawałkami, które mimowolnie znasz i nucisz nie wypadł najgorzej, ba chyba nawet dlatego odpłynęłam przed Don Diablo. Występy gwiazd wieczoru (i nie tylko) mają jednak jedną zasadniczą wadę – ludzi. Rozumiem, że wszystko jest dla nas, ale latające piwo, papierosy gaszone na waszych plecach itp. nie należą do najprzyjemniejszych. Warto pamiętać by w czasie wspólnej zabawy w tłumie ściśniętym jak sardynki w puszcze zachować należytą uwagę i dbać o bezpieczeństwo swoje i innych. Zostawię was z tą myślą dorzucając jeszcze tylko, że Sziget tak naprawdę trzeba poczuć na własnej skórze. Zyskacie wtedy możliwość by się przekonać iż nawet najgorszy koncert może sprawić, że poczujecie się lepiej :)

Komentarze: