Przez góry aż do Czeskiej krainy – czyli trochę o Rock For People.

2014 June 25 | Sylwia Sarama


W naszym redakcyjnym zwyczaju jest spóźnianie się z relacjami (no ba!), uznajmy więc że tak naprawdę na celu mamy to by po miesiącu przypomnieć wam jak super było na opisywanym wydarzeniu… Tak będzie i teraz, a wybór padł na czeskie Rock For People odbywające się w Hradec Králové.
Jeżeli chodzi o podróż, moja droga na festiwal to niekończące się zakręty w górach, płyta Limp Bizkit w odtwarzaczu i słońce świecące po przedniej szybie samochodu do takiego stopnia, że potrzebne były okulary przeciwsłoneczne. Ale w końcu mamy wakacyjny Lipiec w pełnej postaci – no i nie zaprzeczajmy, pod sceną na otwartym powietrzu brak deszczu jest dodatkowym atutem :) Ale do rzeczy…

Po początkowych kłopotach parkingowych i poszukiwaniach odpowiedniego namiotu przy użyciu mapy, która ni jak nie współgrała z moją orientacją w terenie udało się odebrać opaskę (dwa punkty z akredytacjami utrudniły to zadanie) i już można się bawić na terenie festiwal parku. Jak się potem okaże, moja współpraca z mapą dalej była na jeszcze niższym poziomie – wychodzi na to, że potrafię zrobić wiele rzeczy ale znalezienie odpowiedniej sceny czy pressroom-u to nie jest zdecydowanie mój level. Na przyszłość muszę zadbać o to by pojechał ze mną ktoś znacznie bardziej ogarnięty w niezbadanych terytoriach, ot co.
Spóźnianie się to też mój znak rozpoznawczy, od czasu wyrośnięcia z desperackiej walki o pierwszy rząd na koncertach nie pamiętam bym pojawiła się gdzieś na czas. Tak było i tym razem, przegapiłam więc część setu Emmure – gdyż robiłam zakupy w Kauflandzie (no czemu nie!). Nie jest to wielka strata patrząc na to, że widziałam ich owego dnia na żywo już po raz szósty, ale jednak przegapienie jednej czy dwóch piosenek to jakiś tam brak w ogólnej ilości wrażeń. Mogę za to przypuszczać, po późniejszych zachowaniu publiczności, że w danym czasie nie ominęła mnie jakaś świetna zabawa. Gdyż, acz, albowiem po za 10 osobami biegającymi w tzw. ‘kółeczko’ reszta osób znajdujących się w namiocie po prostu stała. Wyglądali też na takich co nie do końca wiedzieli dlaczego tam są i dlaczego wokalista ‘drze ryja’ w taki a nie inny sposób. Wnikając głębiej prawdopodobnie wynika to z faktu, że była to najmocniejsza kapela z line up’u pierwszego dnia, jak i nie ogółem z całego festiwalu w tym roku. Sam zespół zagrał swoje najbardziej znane kawałki i poprzeplatał je z nowymi pochodzącymi z albumu “Eternal Enemies, który ukazał się w tym roku. Wg. mojej opinii nadal najlepiej wypada, sztandarowy hit z krążka “Felony” czyli utwór “Sunday Bacon”. Jednak wykonanie “E” z nowego wydawnictwa także przypadło mi do gustu. Dorzucając do tego jeszcze “Protoman-a” mamy całkiem udany set, z jedną ogromną wadą – publiką do wymiany, jest gdzieś jakiś serwis oferujący takie usługi? :) Zapewne nie, obstawiam więc – i tutaj proszę by ktoś mnie poparł – że dzień wcześniej w Krakowie ogół wypadł znacznie lepiej…

Potem nastąpiła mała przerwa na zwiedzanie miasta – być może trochę nie w porę ale czasu było mało, a to akurat był idealny moment, w którym niewiele się działo i nie szkoda było wyjść. Na dowód swojej winy poniżej, gdy już zgram zdjęcia pojawi się bęziecie mogli zobaczyć jedno ze zdjęć wykonanych na rynku w Hradec Králové – bez mojej osoby, bo wstyd się ujawniać oczywiście. :)

(obiecana fota??)

Po dwóch godzinach spędzonych na spacerze po palącym słońcu i chłodzeniu się na mrożonkach w Kauflandzie .stop. przy mrożonkach wróciłam w sam raz na występ Toma Odella. Nie słucham jego utworów na co dzień, są dla mnie zbyt monotonne i usypiające, ale gdy przyszło co do czego Brytyjczyk mnie zaskoczył. Co prawda mój wzrok okazał się marnym pomagierem (znalazłam się daleko od sceny i mogłam polegać tylko na telebimie), słuch za to nie ucierpiał – no chyba, że od pisków fanek… tak bardzo zbędnych. W sumie może ktoś jest w stanie mi wyjaśnić po jaką cholerę wydawać z siebie tak wysokie dźwięki, kiedy można zwyczajnie pokołysać się do muzyki i nacieszyć nią uszy a w skrajnych przypadkach obić przy tym komuś (mordę) twarz. No po co?! Taka tam zagwozdka, a wracając do Toma być może nadal nie sięgnę do jego nagrań, jednak na koncert chętnie zawitam ponownie – czekać więc będę na najbliższą taką możliwość (zdaje się Sziget Festival w Budapeszcie będzie idealną opcją). Oczywiście jako typowy “nie fan” najbardziej podobała mi się piosenka, którą znam i potrafię zanucić, “Another Love” bo o tym mowa oczywiście nie oddziaływało tak jedynie na moją osobę. Minimum 30% ludzi w namiocie w jakim odbywał się koncert cierpiało na tą samą przypadłość… proszę o wybaczenie.

Odell zakończył grać z dwie minuty przed czasem, jak się okazuję był to ‘idealny’ odstęp czasu by zmienić swoje położenie i udać się pod główną scenę – gdzie po owych dwóch 60-sekundowych przerywnikach miało zawitać szkockie objawienie Biffy Clyro. Ponieważ ten zespół to mój faworyt pod każdym względem to ich występu oczekiwałam tego dnia zdaje się najdłużej – prawdopodobnie męczyłam już wszystkich w aucie (i na drodze) wiecznym powtarzaniem płyty “Puzzle”. Przepraszam! I przyznaję dla mojego otoczenia to musiał być bardzo długi dzień. Na swoją obronę dodam, jednak że tylko ten krążek dało się odtworzyć… Przy okazji muszę też zaznaczyć, że mimo szczerych chęci i starań w tej części relacji mogą zaniknąć jakiekolwiek oznaki opinii krytycznej z mojej strony – taki tam drobny szczegół.
Wracając do samego koncertu pominę moje żale odnośnie par w tłumie, bo to nie ma sensu. A już tym bardziej nie odnosi skutku w walczeniu z nimi – kto mnie zna ten wie co o nich myślę i gdzie wg. mojej opinii powinni się wynieść. Przejdę zatem bezpośrednio do muzycznych aspektów show. A nie brakuje materiału do opisania (raczej chęci by to zrobić), publiczność mogła usłyszeć największe hity szkotów – zaczynając od “Bubbles”, po przeboje z ostatniego albumu przykładowo chociażby otwierające koncert “Different People”. A to ledwie ułamek góry lodowej! Moim osobistym ulubieńcem tego wieczoru zostało “Man of Horror”. W studyjnej wersji nie porywa mnie do szaleństwa i raczej wolę inne utwory, tymczasem na żywo był to majstersztyk w wykonaniu i wyzwalacz moich muzycznych doznań na najwyższym poziomie. Publika otaczająca moje skromne ‘ja’ również to odczuła, tak więc coś faktycznie było na rzeczy. Swoją drogą był to jeden z niewielu momentów tego wieczoru kiedy ludzie bawili się co do jednego, każdy znał tekst i nikt w moim zasięgu wzroku nie miał miny w stylu ‘dotknij mnie jeszcze raz łokciem to cię zabiję’ :’) Na stosunkowej setliście (16 utworów) nie zabrakło także “Woo Woo”, ten utwór zawiera 2 linie idealne do śpiewania przez każdego. Nie ważne czy umie czy też nie (znowu ja?). Ostatecznie koncert wypadł bardzo pozytywnie, nadal jednak uważam, że ich klubowy występ na jakim miałam okazję być był znacznie bardziej klimatyczny, żeby nie użyć słowa lepszy. Pamiętajcie jednak, że “Living Is a Problem Because Everything Dies”

Kończąc tą skróconą wersję wrażeń powiem, że chętnie tam wrócę być może na więcej niż jeden dzień – niech tylko na przyszłość opatrzność mi sprzyja bo mam już dość gubienia się na parkingach ;)

fot. / Biffy Clyro Facebook – T In The Park;

Komentarze: