POST-HC.PL
strona główna o nas redakcja kontakt neutralsounds

Odnalazłam swoje nemezis! O tym co działo się na Rock For People – Dzień 2

26 Jun 2015 | Sylwia Sarama

W pierwszej części wspominałam, że będzie długo (i pewnie nudno) otóż jak się okazało wyszło aż nazbyt długo stąd też decyzja o podzieleniu relacji na dwa osobne posty. Podział jak widać zawsze uskuteczniam ten sam, także dziś nadciąga starcie z dniem numer dwa na Rock For People 2015. O moich przygodach z Czeskimi usługami kolejowymi mogliście przeczytać poprzednio więc pominę wczesną porę tej konkretnej doby i przejdę prosto do koncertowego południa (:

Długo przyszło mi czekać na pierwszą kapelę, którą tego dnia planowałam zobaczyć, bo aż do godziny 16:30 choć sam dzień festiwalowy zaczyna się o 14-stej. Tak więc gdy dotarłam przed scenę na koncert grupy Red Fang czułam swego rodzaju podekscytowanie w związku z tym faktem (albo po prostu cieszyłam się, że zabiję nudę jaka wkradała się w mój terminarz). Panowie to rasowi wyjadacze, solidni i dobrzy w tym co robią chociaż do mnie nie trafiają jakoś szczególnie to śmiało mogę powiedzieć, że dobrze się bawiłam. O dziwo nie mam nic więcej w tym temacie do dodania. Kolejna kapela to pierwsza (i zarazem ostatnia) czeska grupa, którą faktcznie planowałam zobaczyć – John Wolfhooker. Nazwa kapeli jak widać wysoce wybitna jednak słuchając utworów, które lekko kojarzyłam w wersji live odnosiłam wrażenie, że oglądam „wczesne” We Are The Ocean lub Our Last Night. Skojarzenie przybyło do mnie albo poprzez wygląd wokalisty – chłopca w rurkach, z koszulką al’a sukienka (tutaj chyba akurat wokaliści kolejno BMTH albo Falling In Reverse stanowili inspirację), albo był to po prostu taki dość post-hardcore’owy styl grania. Skłaniam się do drugiego typu ale pierwszy też zostawił jakiś ślad w moim pojmowaniu świata. Ogólnie występ zespołu nie okazał się najgorszy, a grupka wiernych fanek w pierwszym rzędzie zrobiła swoje rozruszając* pozostałą część tłumu zgromadzonego w ‘pół-namiocie’ jakim było Muzikus & Evropa 2 Stage.
* – Nie wiem czemu pisząc to miałam skojarzenie z rozrusznikiem, cóż albo powinnam skończyć medycynę i zostać kardiologiem albo przejęłam się losem zakochanych piszczących fanek lat 15 (:

Nastał czas na spacerek przez teren festiwalu w czasie 20 minutowej przerwy by zdążyć na początek występu zamaskowanych panów Hollywood Undead, którzy mieli prezentować się na głównej scenie. Po fakcie zastanawiam się czy słusznie zrobiłam śpiesząc się na ten koncert, który tak mnie zawiódł… Spodziewałam się chyba większego zapału i chęci do wykonywania, w końcu ni jako pracy → okazało się jednak, że panowie nie specjalnie byli zainteresowani posiadaniem power’a sił życiowych ani w ruchach ani w wykonywanych utworach. Słysząc chociażby „Comin’ In Hot” stałam wśród wiernych fanów i miałam ochotę zasnąć (wtf?). Ja rozumiem, że po części rap (nie należę do fanów rapu samego w sobie), że gorąco w maskach (których ostatecznie się pozbyli), że publika jest złożona z Czechów co oznacza drewno, bardzo duuuużo drewna. Ale włożyć trochę serca w to co się robi by wypadało, w końcu ci ludzie zapłacili za bilety, koszulki, breloczki, czapki czy inne szmatki. Niestety nie postarali się. Nie mam też niestety z czym porównać tego występu, więc jeżeli ktoś był chociażby na Impact Festival w Łodzi i może mi opowiedzieć swoje doświadczenia byłabym niezmiernie wdzięczna. Naprawdę jestem ciekawa, czy grupa, w której pokładałam wielkie nadzieje względem występów na żywo jest tak słaba czy po prostu mieli gorszy (bardzo gorszy) dzień.
Ps. „War Child” jak ironie kawałek z nowej dość średniej płyty wypadł najlepiej ze wszystkich hitów amerykanów.

Kolejna formacja to jedna wielka niewiadoma, We Are Harlot to w końcu kapela, która powstała może z rok temu a na koncie ma jedynie debiutancką płytę. Danny Worsnop jako wokalista (nie najlepszy na żywo jak do tej pory) zrobił jednak swoje, bo kapela ulokowana dość wysoko czy raczej późno w rozpisce godzinowej występowała dodatkowo na dużej scenie, zdecydowanie za dużej jak na to co poza znanym wokalistom osiągnęli. Ale do rzeczy… koncert nie należał do najgorszych instrumentalnie, złego słowa o panach grających na instrumentach powiedzieć nie mogę jednak wokal po latach doświadczenia zbieranego w AA (a raczej po sporej dawce uzależnień, o których możemy posłuchać na płytach Brytyjczyków) nadal ssie .stop. Jest słaby pomimo tego, że rock n’ roll bardziej mu pasuje. Niestety fanki nie będą zachwycone bo wyglądem pijanego pana spod dworca centralnego, który dodatkowo boi się pralki Danny także nie skupi na sobie ich uwagi. Jestem ciekawa jak długo kapela utrzyma się przy życiu dając tak mierne koncerty, a w zanadrzu posiadając jedynie jedną średnią płytę i ‘znanego’ wokalistę…. Poglądowo urywek koncertu nagrany niestety moim telefonem … z góry przepraszam za wszelkie szumy, trzaski, wybuchy i co się jeszcze tam wytworzyło w czasie nagrania. Przy okazji, kto przetrwa pierwszych 40 sekund zobaczy nagrania z dnia wcześniejszego (również z trzaskami i grzmotami).

Limp Bizkit to z kolei było coś pięknego na poprawę humoru po dwóch tak mało udanych koncertach → w skrócie. Fakt, że drewniaki tj. Czesi w końcu zaczęli przytupywać stópką a nawet pobawili się niczym w piaskownicy w leciutki mosh też mówi sam za siebie. Cały dzień czekania na jedną z dwóch gwiazd się opłacił nie zabrakło szlagierowych hitów od „Nookie” po równie szlagierowy utwór z soundtrack’a Mission: Impossible II czyli „Take a Look Around”. Do tego standardowo „Rollin’” w ramach bisu i zdaje się na ten kawałek czekało najwięcej ludzi (ale o co wam chodzi najlepsze i tak zawsze będzie „Break Stuff” z połowy setu). W całości zagineła gdzieś jedynie „Złota Kobra” (ofc. „Gold Cobra”) i „Behind Blue Eyes”, o ile pierwszego kawałka mi nie szkoda tak zawsze fajnie jest usłyszeć cover grupy The Who. A skoro już o improwizacjach utworów innych wykonawców mowa to w trakcie tego koncertu pojawił się za to cover „Killing In The Name” z repertuaru Rage Against The Machine oczywiście. Na zwieńczenie kostium sceniczny Wes’a Borland’a sugerujący dalsze wydarzenia na głównej scenie festiwalu i rozbawiający mnie do łez.

Zwieńczeniem mojego dnia na festiwalu były koncerty Three Days Grace i Faith No More. O ile do drugich nie mam prawa się przyczepić bo panowie zaprezentowali przypisywaną im od lat klasę, tak o tych pierwszych mogę na koniec jeszcze trochę ponarzekać. A, że mogę to skorzystam! :) Co prawda pod sceną mnie nie było z racji faktu, że jednak w którymś momencie musiało wygrać moje ‘spóźnialskie ja’. Z tego powodu nie wiem i nie opowiem co działo się pod sceną i jak zachowywali się fani tam zgromadzeni. Chociaż przeczucie mówi mi (nie mam pojęcia dlaczego), że byli równie żywi co na innych występach opisanych wcześniej. Generalnie osobników rodzaju Homo sapiens w pobliżu sceny było za to co niemiara i chociaż przekonana jestem, że spora cześć zmyła się już po Limp Bizkit to nadal pozostaje w szoku, że aż tyle ich się tam pojawiło. Nie odpoczywali przed gwiazdą wieczoru to takie nie polskie (chodźmy na piwo albo dwa) ;) Dobra do rzeczy bo czas gani a ilość słów ponownie robi się przytłaczająca … Byłam ciekawa zarówno tego jak wypadnie wokalista, który zmienił się jakiś czas temu (chociaż niestety nie mam tutaj porównania do poprzedniego), jak i oczywiście ogólnego wrażenia jakie wywrze na mnie kapela. I z tym byłoby całkiem nieźle bo instrumentalnie dobrze mi się tego słuchało, znane mi melodie tu się pobujam tu podniosę na palcach albo podskoczę itp. A potem wchodzi wokalista, który nie ukrywajmy mi nie leży i czar pryska niczym bańka mydlana… Pokiwałam się na boki gdzieś za wszystkimi ludźmi zgromadzonymi na polu przez cały set i na tym się skończyło. Smutki i rozterki zaginionej, zawiedzionej oraz ukrytej we mnie nastolatki są nie do opisania. A najbardziej w tym wszystkim do gustu nie przypadł mi bis → „Riot!” jak się okazuje może wypaść słabo i odniechcenia. Ciekawi mnie jak w przypadku Asking i Hollywood Undead jak panowie wypadli już na koncertach w Polsce … czekam na oświecenie mnie w tym temacie a tymczasem żegnam się i do zobaczenia na innych tegorocznych festiwalach!

PS: Dla wyjaśnienia faktycznie wróciłam do domu dzień wcześniej, więc nie udało mi się zobaczyć niczego dnia trzeciego. Warto jednak wspomnieć, że mój plan i tak się posypał bo dwie kapele odwołały swoje występy (oczywiście dowiedziałam się po powrocie do kraju) i ostatecznie jedyne co mnie faktycznie interesowało to grupa Bastille, którą i tak widziałam w ubiegłym roku. Po za tym obstawiam, że jeszcze nie raz zarówno ja jak i inni będą mieć okazję ich jeszcze zobaczyć :D

Komentarze: