"The Reckoning"
Rotting Out
Premiera:
Wytwórnia:
Ilość utworów:

Rotting Out, kalifornijski Hardcore z domieszką Punka – “The Reckoning”

2015 April 10 | Sylwia Sarama


Tytułem wstępu w naszej redakcji nastało recenzyjne bum i bardzo nas cieszy fakt, że możemy dostarczyć wam naszych opinii na temat kolejnych nowych krążków. Fakt faktem, nie są to być może perfekcyjne teksty o skali wokalu perkusisty z mikrofonem, czy rozpiętości dźwięku gitary elektrycznej w stosunku do basowej. Warto jednak pamiętać, że te recenzje są pisane od ludzi dla ludzi, w prostej wersji tak by każdy mógł coś z niej wynieść i być może się z tym zgodzić.

Do mojego odtwarzacza trafiła dzisiaj jeszcze świeża i zarazem ostatnia EP-ka amerykańskiej grupy Rotting Out, zatytułowana “The Reckoning”. Dokładniej zagłębiając się w temat wydawnictwo to miało swoją premierę 10 Marca bieżącego roku i trafiło do nas za pośrednictwem Pure Noise Records. Niecałe dwa lata wcześniej, również pośrednio z pomocą Pure Noise, ukazał się longplay kapeli, ukryty pod nazwą “The Wrong Way”. Jak się okazało pozostanie on ostatnim pełnowymiarowym dziełem, ponieważ grupa dwa tygodnie po premierze EP-ki, którą poddaje tutaj recenzji zakończyła swoją działalność – niestety. W całości, zamknięta już dyskografia tego wykonawcy liczy sobie trzy mini-albumy oraz dwa pełne krążki. Tymczasem wracając do głównego tematu produkcją nowego mini-albumu zajął się Taylor Young, który wcześniej współpracował między innymi z grupą Terror, miksy zaś wylądowały w rękach Brad’a Boatright’a. Wracając jeszcze na moment do tematu samej kapeli to na jej materiałach doszukamy się typowego Hardcore rodem z Californii, momentami podchodzącego jednak elementami Punk’a. Połączenie nie jednemu już znane brzmi ciekawie, jednak czy będzie tak w istocie przekonamy się trochę później czyli po prostu niżej.

Ostatnio przyszło mi oceniać również EP-kę i jak nic narzekałam wtedy na jej długość, która kompletnie mnie nie powalała. Miała bowiem coś koło 15 minut, biorąc się za ten mini-album i zerkając na pasek w iTunes doznałam już kompletnego zaniemówienia. 10 minut to chyba nowy rekord wydawnictwa, nazwanego EP-ką i pomylonego z dłuższym singlem. Dla porównania pamiętam, że jedna z piosenek grupy Green Day’a, którego osobiście nie trawię ma minut 9 z kawałkiem. Jedna piosenka … długość nagrań na wszelakich ‘mini’ na długo pozostanie chyba moim podstawowym punktem do narzekania. Nie widzę w tym sensu nawet jeżeli coś kosztuje w sklepie apple’a ledwie $3.99, co specjalnie sprawdziłam.

Ale dobrze do rzeczy, by wszystko było jak należy warto przyjrzeć się też zawartości. Nasz ‘albumik’ rozpoczyna się od utworu zwiastującego narodziny, “Born” i te sprawy. W istocie niemal połowa utworu (no troszeczkę mniej, bo około 35 sekund) to taki wstęp do ogólnej idei jaka na tym wydawnictwie miała się pojawić. Pomiędzy szmerami niczym ze starego źle nastawionego radia słyszymy “this is my reckoning” a potem wchodzimy w normalne już granie, gitarowe brzmienia itp. A skoro już o gitarach mowa to brzmią tutaj całkiem standardowo, taka oklepana melodia gdzieniegdzie na myśl przywodząca mi przynajmniej Your Demise. Przymykając na to oko mamy jednak całkiem składny chodź jednocześnie bardzo przykrótki utwór, który nadaje się do otworzenia więcej niż raz.

“Eyes Wade”, bo tak nazywa się kolejny kawałek na tym wydawnictwie w moim odczuciu jest znacznie lepszy niż jego poprzednik. Podobnie jednak jak “Born” zaczyna się od szumów i szmerów z głosem w tle, odgrywającymi rolę intra i to chyba jedyna rzecz, którą bym wycięła. Pomimo, że pewnie powstała na to jakaś koncepcja i ktoś ją zrealizował mi ona dziwnym zbiegiem okoliczności nie podchodzi. W rozwinięciu utworu już same smaczki: melodia utrzymana w klimacie “prowadzenia kogoś na śmierć” (skąd ja biorę te skojarzenia), intensywny i szybki wokal a do tego prze genialnie wkomponowane chórki. Efekt przejścia pomiędzy tym a kolejnym kawałkiem zatytułowanym “End Of The Road” też nie jest najgorszy. I tym oto sposobem dochodzimy do mojego faworyta na tej EP-ce. W sumie do piosenki nie mam ani jednego zarzutu, fani gatunku znajdą w niej doskonały zamiennik dla oklepanych już hitów Your Demise, Cancer Bats… tak naprawdę zastępstwo dla czegokolwiek. Nagranie ma nie najgorszy tekst, a także podobnie jak w poprzednim utworze chórki i wokal na najwyższym poziomie. Przy tym refren chwyta i zostaje w pamięci na dłużej, także polecam zjechać na guziczek play poniżej.

I na koniec ostatnie dwa nagrania z tego wydawnictwa, czyli “I Don’t Care” i “Live Fast Die Young”. Pierwszy z nich pełni rolę preludium do drugiego, w którym dowiadujemy się, że wokalisty w sumie nic nie obchodzi i nic po za tym. Przejście pomiędzy piosenkami jest sprytnie ukryte w rękach perkusisty, wszystko się więc klei i składa w przyjemną całość. Oba kawałki łącznie są całkiem dobre, szybkie i generalnie nie ma sensu powtarzać się o wokalu itp. bo wszystko przeczytaliście wyżej.

Ogólnie ujmując pożegnalna EP-ka pomijając jej zawrotną długość i zapominając o nieszczęsnej koncepcji na intra w pierwszych utworach jest przyjemna i dobrze się jej słucha. Spokojnie można ją zapętlić by leciała w tle jak i słuchać przy innych okazjach jak np. wyjście z domu z telefonem w ręku. Przy okazji naprawdę szkoda, że grupa nie będzie rozwijała się dalej. Płytce daje 4 pkt w naszej dziwnej skali i żegnam się do następnego napisania (współczuję z góry).

Komentarze: