"Trance"
The Tumor Called Marla
Premiera: 27.11.2015
Wytwórnia: Imminence Records
Ilość utworów: 7

Recenzja: The Tumor Called Marla – “Trance”

2015 November 30 | Sylwia Sarama


W ubiegłym tygodniu (27 Listopada) na rynek muzyczny trafiła pierwsza poważna produkcja węgierskiego zespołu The Tumor Called Marla. Owa produkcja to debiutancki mini-album zatytułowany “Trance”. Oczywiście niech nazwa was nie zmyli, krążek nie ma nic wspólnego z transem (przynajmniej nie w moim przypadku), ani z gatunkiem muzyki kryjącym się pod tym samym słowem. Chociaż akurat elementów szeroko pojętej elektroniki możemy się tutaj jednak doszukać. A o tym co jeszcze ciekawego znalazło się na tym wydawnictwie możecie przeczytać już poniżej.

Oczywiście nie ma szans by płyta nie rozpoczynała się poprzez skromne intro, nie inaczej jest w tym wypadku. Kawałek noszący tytuł “Heartworm” przemija jednak w mgnieniu oka i nim słuchacz zdąży się zorientować już może cieszyć uszy utworem “Mute”. Ten numer podobnie jak i jego następca “A Different Tension” są moimi faworytami względem całości. Doszukamy się w nich małej porcji elektronicznych wrażeń, absolutnie nie przesadzonych, jak to niekiedy bywa. Po za wstawkami, ciężko jest się jednak doszukać specjalnie wybitnych melodii, jednakże obie propozycje z łatwością wpadają w ucho i na pewno mu nie zaszkodzą. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym słuchając nie zwróciła uwagi na wokale (formacja ma dwoje wokalistów), w tym wypadku również damskie (a jak wiemy z moich poprzednich recenzji/relacji nie specjalnie się lubię z kobietami za mikrofonem). Przez całą tą różnorodność w skalach, momentami konstrukcja obu utworów przypominała mi o istnieniu grupy Eyes Set To Kill, jeszcze z czasów gdy była ona ‘u szczytu’ swej kariery. O dziwo skojarzenie z amerykańskim zespołem, damski wokal i elektroniczne ‘wstaweczki’, to wszystko razem wywarło na mnie całkiem pozytywne wrażenie.

Ze wszystkich pozycji, których możemy posłuchać na tym wydawnictwie należałoby zwrócić uwagę także na kawałek tytułowy. “Trance”, to ponownie połączenie elementów wymienionych wyżej, ale także jedna nieco mniej ‘standardowa’ wstawka. By nie zdradzić zbyt wiele (zacznę mówić zagadkami, jak sfinks!) i nie popsuć radości ze sprawdzania dodam tylko, że owa anomalia skrywa się w połowie numeru… Druga połowa albumu to już nieco mniej wybijające się kawałki “Basement Tapes” i “Obsessions”, nadal dobre, ale nie robiące już takiego wrażenia jak poprzednie. A na sam koniec zostaje nam numer, który ja określiłabym jako outro – “Disconnect”. Nawet nazwa kawałka wydaje się być adekwatna, słuchacz odłącza się od “transu”, w który wprowadziła go EP-ka i powraca do świata żywych 🙂

Podsumowując, należy się solidne 4/5.

Na koniec by potwierdzić moje słowa, lub też się z nimi absolutnie nie zgodzić polecam samemu zapoznać się z muzyką stworzoną przez reprezentantów południowych rejonów Europy. Pod tym adresem znajdziecie stream EP-ki, lub też po prostu skorzystajcie z odtwarzacza, który już w standardzie znajdziecie poniżej.

Komentarze: