"Songs of Soulitude"
Dream On Dreamer
Premiera: 13.11.2015
Wytwórnia: Niezależne
Ilość utworów: 10

Recenzja nowego krążka Dream On Dreamer

2015 November 17 | Ania Kamińska


Australijczycy z Dream On Dreamer w swojej karierze przeszli już długą drogę. Praktycznie na każdym swoim albumie grali w innym składzie, a do tego każdy z ich krążków prezentował się inaczej pod względem muzycznym. A zmiany są naprawdę widoczne, bo od typowo risecore’owego brzmienia zaprezentowanego na “Heartbound”, przeszli do nieco mocniejszego grania w stylu Architects na “Loveless”. Także ich najnowszy longplay zatytułowany “Songs of Soulitude”, który właśnie tafił do sprzedaży, wydaje się prezentować nam jeszcze coś innego.

Jeśli ktoś kilka lat temu powiedziałby mi, że ta kapela tak ewoluuje i tak się zmieni, to zapewne bym w to nie uwierzyła. Widać kolejna grupa pochodząca z Australii postanowiła zaczerpnąć nieco z dorobku Underoath. Najpierw mieliśmy Stories z ich fenomenalnym “Youth to Become”, a teraz Dream On Dreamer postanowiło co nieco wyciągnąć z ich brzmienia. Możliwe, że niejaki wpływ miał na to producent tej płyty, Matt Goldman, który przez długi czas współpracował z Underoath, jednak efekty tego rozwiązania są bardzo dobre. Wystarczy przesłuchać dwa pierwsze numery na płycie, jakimi są: “Souls On Fire” oraz “Vertigo”, by się o tym przekonać. Już początek drugiej z piosenek może nam na myśl przywołać nieco “In Regards To Myself”. W piosence nie brakuje także nieco bardziej atmosferycznego fragmentu z nieco rockowym brzmieniem, trochę w stylu The Getaway Plan, w którym to wokalista grupy Zachary Britt naprawdę daje radę i pokazuje na co go stać. Podobny zabieg możemy odnaleźć także w kolejnym utworze, jakim jest “Society To Anxiety”. Całość jednak prezentuje się bardziej w stylu tego, co mogliśmy usłyszeć na “Loveless”. Odrobinę Underoath możemy usłyszeć także w kawałku “Pariah”, który ma jeden z najbardziej melodyjnych refrenów na całym krążku.

Na płycie nie zabrakło także mocniejszych piosenek. Jedną z nich jest “Malice”. Mamy tutaj do czynienia z naprawdę mocnymi zwrotkami, mocnym, a jednocześnie melodyjnym refrenem, który na myśl przywodzi mi niektóre kawałki Beartooth. Razem naprawdę daje to dobre połączenie. Drugim z tych mocnych numerów jest “Innocence”. Jest to jedyna piosenka, w której czyste wokale zostały ograniczone do zaledwie kilku słów, a sam kawałek zyskał dzięki temu bardziej hardcore’owy wydźwięk. Mamy tutaj także “Open Sun” w nieco melodic hardcore’owym stylu, co jest niejaką nowością. Jednak to nie wszystko, Australijczycy na tej płycie postanawiają zaskakiwać nas dalej, zwłaszcza nieco lżejszymi kawałki. Tak jak nie byłam fanką “Hear Me Out” z ich poprzedniego krążka, tak tutaj, pozytywnie mnie zaskoczyli. Mamy tutaj “Dellirium” w nieco ambientowym stylu, przepiękną rockową balladę “Snowpiercer”, a także akustyczne “Violent Pictures” zamykające album. Ostatnia z piosenek początkowo skojarzyła mi się z “Means to Believe” od Oh, Sleeper, jednak słysząc numer w całości zmieniłam swoje zdanie. Kawałek ten obok wspomnianego “Snowpiercer” prezentuje chyba najwięcej emocji i jest wspaniałym zakończeniem tego albumu.

Jak już pisałam nie jeden raz w tej recenzji, to płyta pozytywnie zaskakuje. Jest ona zdecydowanie najlepszą w dorobku kapeli, aż trudno uwierzyć, że tak się rozwinęli. Mamy tutaj nadal charakterystyczne, pełne emocji screamy Marcela Gadacza, a drugi wokalista grupy Zach Britt, w tych dziesięciu numerach pokazał swój talent bardziej, niż na wszystkich poprzednich płytach razem wziętych. Niewątpliwie na “Songs of Soulitude” znajdziemy dużo więcej czystych wokali niż na poprzednikach, jednak wydają się być one bardziej przemyślane, z drugiej też strony całość wydaje się być bardziej energetyczna, przez co kawałki dostały swoistego charakteru. Porównując tę płytę z innymi piosenkami widać, że muzycy dorośli i zrobili naprawdę duże postępy, co przeniosło się na ich najnowsze wydawnictwo. Słychać tutaj niewątpliwie tę różnorodność, której brakowało mi nieco na ich poprzednich płytach. Zdecydowanie krążek ten może pretendować do tytułu albumu tego roku i jest godny polecenia

Komentarze: