"Misadventures"
Pierce The Veil
Premiera: 13.05.2016
Wytwórnia: Fearless Records
Ilość utworów: 11

Recenzja nowego albumu Pierce the Veil – “Misadventures”

2016 May 17 | Ania Kamińska


Pochodzący z San Diego muzycy z Pierce the Veil cieszą się rzeszą fanów na całym świecie. Wielu z nich nie mogło już doczekać się nowego wydawnictwa muzyków, w końcu czekali na nowe utwory cztery lata, bo to właśnie w 2012 roku ukazał się ostatni krążek kapeli “Collide With the Sky”. Teraz wraz z “Misadventures” nadeszła pora na porcję jedenastu nowych utworów.

Wydany jeszcze w ubiegłym roku kawałek “The Divine Zero” nieszczególnie przypadł mi do gustu, dlatego też z dużą rezerwą podeszłam do tego wydawnictwa. Mimo tego, postanowiłam sprawdzić, jak to nagranie prezentuje się w całości. Niewątpliwie kapela stara się udoskonalić brzmienie, które sobie wypracowała w ostatnich latach, jednak całość jest bardziej łagodna i popowa od poprzedników. Mimo tej łagodności, nie brakuje tutaj odrobiny mocniejszych elementów i charakterystycznego brzmienia. Sam album zaczyna się bardzo dobrym kawałkiem “Divine In”, który bardzo przypomina to, co mogliśmy usłyszeć przed kilkoma laty na “Selfish Machines”, co przywołuje miłe wspomnienia. Mamy tutaj ciekawe połączenie, od spokojnego początku z pianinem w tle, poprzez odrobinę pop punkowy refren, aż do metalcore’owego breakdownu. Chyba w całej swojej karierze muzycy nie zaprezentowali tak mocnego fragmentu. Agresywność w najnowszych utworach głównie ogranicza się do breakdownów w większości kawałków. Nieco więcej krzyków możemy usłyszeć chociażby w “Phantom Power and Ludicrous Speed”, czy “Sambuka”. Z odrobinę mocniejszym brzmieniem możemy spotkać się także w “Today I Saw the Whole World”. Jest to chyba najmocniejszy numer na całej płycie, zwłaszcza pod względem instrumentalnym. Nie brakuje tutaj także pop punkowych brzmień, które słyszymy w dużej mierze na tej płycie. Dobrymi reprezentantami tego są kawałki takie jak “Floral & Fading”, “Circless”, “Bedless”, czy “Song for Isabelle”. Jeśli czekaliście na drugie “Stay Away From My Friends”, to tego nie dostaniecie. Ja osobiście nigdy nie przepadałam za tym nieco punkowym brzmieniem kapeli, jednak w tym wypadku utwory te nawet przypadły mi do gustu. Zwłaszcza ostatni z wymienionych kawałków zaciekawił mnie od strony instrumentalnej.

Na najnowszym albumie Amerykanów jest niewątpliwie wiele do odkrycia, bo starają się nam pokazać różne swoje oblicza. Co prawda głównie spotykamy się z popowymi piosenkami, jednak nie brakuje tutaj także eksperymentów z elektroniką, czy odrobiny agresywnych fragmentów. Wielka szkoda, że jest ich tak mało. Wielkim plusem jest jednak to, że pod przykrywką lekkiego i przyjemnego popowego grania, starają się przemycić teksty, do których można się w jakiś sposób odwołać. Bez wątpienia album jest dopracowany, w końcu muzycy spędzili nad nim cztery lata. Instrumentalnie i wokalnie wszystko brzmi perfekcyjnie, jednak kierunek, jaki sobie obrali nie każdemu przypadnie do gustu. Mimo, że piosenki brzmią dobrze, wiele z nich nie posiada czegoś, co mogłoby nas przy nich zatrzymać na dłużej i nie zapadają zbyt długo w pamięci.

Komentarze: