"Life's Not Out To Get You"
Neck Deep
Premiera:
Wytwórnia:
Ilość utworów:

Recenzja nowego albumu Neck Deep

2015 August 12 | Ania Kamińska


Walijczycy z Neck Deep na rynku muzycznym pojawili się niespełna trzy lata temu, a już zdążyli wywołać niemałe zamieszanie swoją muzyką głównie na Wyspach Brytyjskich. Ja osobiście byłam do nich jakoś negatywnie nastawiona, głównie po tym jak zobaczyłam na YouTube kilka ich występów na żywo. Jednak kiedy zobaczyłam, że nad ich nowym krążkiem “Life’s Not Out To Get You” pracowało trio mniej lub bardziej powiązane z A Day To Remember – czyli McKinnon, Denney i Wade, postanowiłam dać im szansę i przesłuchać tego albumu. Nowy krążek zostanie wydany w najbliższy piątek, 14 sierpnia przez Hopeless Records.

Jak już wspominałam nie jeden raz, problem z pop punkowymi zespołami jest taki, że ostatnimi laty nie mają one zbyt wiele do zaoferowania i są dość monotonne, dlatego każde nagranie z tego gatunku sprawdzam z ciekawością, czy coś się zmieniło w tym kierunku. Włączając nowy krążek Neck Deep, już pierwszy utwór, którym jest “Citizen of Earth” bardzo mnie zainteresował. Brzmienie w nim jest bardziej alternatywne, co nadaje temu kawałkowi nieco pazura i mi osobiście taki zabieg bardzo się podoba. Na albumie nie brakuje także wesołych brzmień z chwytliwymi refrenami, wystarczy chociażby przesłuchać “Threat Level Midnight”, czy “Lime St.”. Mimo mniej wesołego tytułu “The Beach Is For Lovers (Not Lonely Losers)” wprawia nas w miły i wesoły nastrój. Jest to chyba jeden z tych kawałków, który trochę bardziej zwrócił na mnie swoją uwagę.

Na “Life’s Not Out To Get You” nie zabrakło także pop-punkowych kawałków w “starym stylu” – “Can’t Keep Up The Roots”, czy “Kali Ma”. Ostatnia z piosenek może Wam nieco przypomnieć Sum 41 za czasów swojej świetności. Fani New Found Glory z pewnością bardzo dobrze odnajdą się w kawałku “Serpents”, który pokazuje bardziej agresywną stronę kapeli. Na każdym albumie z tego gatunku nie może także zabraknąć jakiejś chwytającej za serce ballady. W tym wypadku jest to akustyczny kawałek “December”, który znajduje się niemalże na końcu tego krążka.

Podsumowując album, ten album nie jest zły, jednak w moim odczuciu nie jest aż tak fenomenalny. Mamy tutaj dużo krótkich piosenek (większość z nich trwa mniej niż trzy minuty), które są wesołe, energetyczne, szybko wpadają w ucho i umilą nie jeden upalny dzień, jednak dla mnie w nich czegoś brakuje. Szkoda, że nie ma więcej piosenek w stylu otwierającego album numeru “Citizen of Earth”, który dodaje odrobinę agresji temu nagraniu. Trudno jest powiedzieć, że reszta piosenek nie jest przyjemna, bo wszystkie z nich są naprawdę dobrze nagrane i wyprodukowane, jednak niczym nie szokują i nie są czymś odkrywczym w tym gatunku.

Komentarze: