"You Were Never Alone"
Emery
Premiera:
Wytwórnia:
Ilość utworów:

Recenzja nowego albumu Emery – “You Were Never Alone”

2015 May 13 | Ania Kamińska


O muzykach z Emery po raz pierwszy usłyszałam dokładnie dziesięć lat temu. To właśnie wtedy do sprzedaży trafił ich drugi studyjny album zatytułowany “The Question”, który przyznaję, bardzo przypadł mi do gustu. Od tego czasu postanowiłam sprawdzać każde ich nowe wydawnictwo. Nie mogło być inaczej także w wypadku ich nowego krążka – “You Were Never Alone”. Fakt, że ich ostatni album “We Do What We Want” ukazał się już cztery lata temu, podsycił tylko moje oczekiwanie na nowy materiał. Z racji, że do premiery szóstego longplay’a Amerykanów zostało nam już niewiele czasu (premiera odbędzie się 15 maja), postanowiłam Wam nieco przybliżyć ten album. Na początek dla przypomnienia pierwszy z kawałków, który promował krążek – “Rock, Pebble, Stone”.

Odkąd tylko pamiętam Amerykanie każdy swój album potrafili rozpocząć z przytupem. Wystarczy chociażby spojrzeć na kawałek “Walls” z ich debiutanckiego “The Weak’s End”, czy “Cutthroat Collapese” z “In Shallow Seas We Sail”. Jednak w otwierającym płytę utworze “Rock, Pebble, Stone” postanowili odejść od tej tradycji. Nowy krążek postanowili rozpocząć lekką i przyjemną rockową piosenką, w której po raz pierwszy pojawia się drugi wokalista grupy Devin Shelton. Jego melodyjny wokal bardzo dobrze współgra z wokalem Toby’ego Morrella. Jednak nie myślcie sobie, że cała ta płyta będzie w podobnym klimacie. Już w kolejnym kawałku zatytułowanym “Thrash” kapela pokazuje swoje mocniejsze oblicze. Piosenka odrobinę chaotyczna, nieco w stylu Every Time I Die, połączona z melodyjnym czystym wokalem, a także… odrobiną bluesa. Akurat ten gatunek muzyczny był ostatnim, jakiego spodziewałam się kiedykolwiek usłyszeć w twórczości tego zespołu. Co prawda grupa w przeszłości już nieco eksperymentowała z brzmieniem, jednak tego się nie byłam w stanie przewidzieć. Piosenka ta jest nie tylko chyba najmocniejszą na całym krążku, ale przez ten element nieco eksperymentalny jest też tą, która na nim się najbardziej wyróżnia.

Jeśli to jest pierwszy raz, kiedy sięgacie po tę kapelę, to koniecznie powinniście sprawdzić utwór numer trzy – “Hard Times”. Utwór ten idealnie pokazuję nam styl grania, który reprezentuje ta grupa. Wszystko jest tutaj pełne harmonii i wszystko ma swoje miejsce. Czyste wokale, screamy i instrumenty współgrają ze sobą idealnie i razem tworzą coś, co pokazuje nam muzyczny całokształt Emery. Kolejnym utworem na płycie jest “The Beginning”. Mimo, że mimo tytułu nie jest to pierwszy utwór na płycie, to spodobał mi się on niemalże od pierwszych taktów. W piosence nie tylko idealnie narasta napięcie, także podwójne wokale po raz kolejny pojawiają się w idealnej formie. Na samym końcu nie mogło zabraknąć momentu, w którym nie tylko nakładają się oba czyste wokale, ale także screamy. Wyszło to naprawdę bardzo dobrze. “The Less You Say”, mimo że jest piosenką bardzo dobrze napisaną i pokazuje talent muzyków, nie została szczególnie przeze mnie zapamiętana. W kolejnym kawałku jakim jest “Pink Slip”, grupa ponownie postanawia pokazać nieco swoje mocniejsze oblicze. Mimo, że są screamy to nie zabrakło tutaj także, nieco lżejszego i melodyjnego refrenu, który wydaje się być pełnym energii. Przez chwilę możemy także wychwycić nieco mówionego wokalu. Ogólnie, utwór na plus.

Za nami już połowa “You Were Never Alone”. Przed nami kolejne sześć utworów. Pierwszym z nich jest “To The Deep”. Utwór nieskomplikowany i łatwo wpadający w ucho, nastawiony bardziej na rockową stronę zespołu. Zapewne jest to jedna z tych piosenek, którą mogłaby spokojnie być puszczana w rozgłośniach radiowych. Numer osiem na płycie, czyli “What’s Stopping You”, jest moim drugim ulubionym zaraz obok “The Beginning”. W piosence dzieje się naprawdę dużo. Różne motywy instrumentalne, nakładające się wokale i w końcu idealnie przemyślana dynamika. Wszystko to składa się na utwór w którym jest wszystko. Nie brakuje tutaj melodii, energii i odrobiny agresji podobnej z “Thrash”. Piosenkę tę można by było puścić jako zwieńczenie całej kariery Amerykanów, gdyż zawarte jest w niej wszystko nad czym pracowali przez ostatnie lata. W kawałku “Go Wrong Young Man” muzycy postanowili pójść w nieco bardziej eksperymentalne brzmienia, zwłaszcza jeśli chodzi o partię instrumentalną, bo jeśli chodzi o wokale, to w tym miejscu nie postanowili eksperymentować. Zbliżamy się już powoli ku końcowi, przed nami jeszcze tylko trzy numery. Jednym z nich jest “Taken For A Bath”. Jest to kolejny kawałek, który można by pokazać nowym fanom zespołu, podobnie jak “Hard Times”. Na koniec zostały nam dwa utwory: “Salvatore Wryhta” oraz “Alone”. Utwory te wydają się ze sobą łączyć. Pierwszy z kawałków nieco mocniejszy, drugi z kolei zaczyna się bardzo klimatycznie. Po raz kolejny mamy tutaj do czynienia z podwójną i nakładającą się linią wokalną. Duet Toby + Devin brzmi tutaj wspaniale. Swoje trzy grosze dorzuca także screamer grupy Josh Head. Piosenka ta jest idealnym zakończeniem tego albumu.

Podsumowując. “You Were Never Alone” jest jednym z lepszych albumów Emery. Przemawia za tym głównie pojawienie się tutaj drugiego wokalisty, Devina Sheltona, który z połączeniem dwójki oryginalnych wokalistów grupy daje niesamowite połączenie i odświeża nieco brzmienie zespołu. Płyta okazała się być idealną równowagą pomiędzy lżejszymi rockowymi kawałkami, a tymi nieco mocniejszymi. Zarówno starzy fani kapeli, jak i Ci, którzy dopiero słuchają ich po raz pierwszy znajdą tutaj coś dla siebie. A sami muzycy po raz kolejny pokazali, że potrafią grać i tworzyć przemyślane utwory.

Komentarze: