"Misery"
The Amity Affliction
Premiera: 24.08.2018
Wytwórnia: RoadRunner Records
Ilość utworów: 12

Recenzja “Misery” od The Amity Affliction

2018 September 2 | michal


Mówią, że każdy zespół w pewnym momencie zaczyna brzmieć inaczej. Często zmiany wywołują niemałe kontrowersje, fani dzielą się na zwolenników starszych brzmień oraz tych, którym nowy styl się podoba. Wydaje mi się, że podobnie stało się w przypadku albumu „Misery” od The Amity Affliction, którego premiera odbyła się 24 sierpnia tego roku. Album brzmi nieco inaczej od swoich poprzedników, można by rzec, że bardziej „radiowo”. Ale czy to naprawdę oznacza, że to już „nie to samo Amity”?
„Misery” zaczyna się znanym już nam kawałkiem o nazwie „Ivy (Doomsday)”, który już na samym początku pokazuje nam, że nowy materiał będzie brzmiał nieco inaczej od poprzedzających go wydawnictw. Piosenka moim zdaniem jest dobra, choć gdy pierwszy raz ją usłyszałem z niecierpliwością wyczekiwałem tego scream’u Joela pod sam koniec utworu. Kolejnym kawałkiem na płycie jest „Feels Like I’m Dying”, który zespół wypuścił niecały miesiąc przed premierą albumu. Byłem nim trochę zaskoczony, podobnie z resztą jak i większość fanów. Naprawdę brzmiało to inaczej i z początku myślałem, że nie pasuje zupełnie do stylu zespołu. Jednak gdy odsłuchałem piosenkę kilka razy przekonałem się do niej. Może nie będzie to jeden z moich ulubionych numerów jednak wciąż przyjemnie się go słucha. Trzecim utworem z krążka jest „Holier Than Heaven”, który moim zdaniem jest jednym z cięższych i lepszych utworów z całego nowego matierału. Piosenka brzmi bardzo podobnie do tego co mogliśmy usłyszeć na poprzednim albumie zespołu – „This Could Be Heartbreak”. Tekstowo również bardzo przypadła mi do gustu, dzięki czemu znalazła się w moim zestawieniu „Top Trzy” numerów z tegoż właśnie albumu. Dalej krążek przedstawia nam utwór pt. „Burn Alive”, który wyróżniał się tym, że mogliśmy na nim usłyszeć czysty wokal Joela. Czym kawałek ten bardzo pozytywnie mnie zaskoczył  Również jak poprzedzający ją kawałek piosenka ta jest bardzo dobra pod względem tekstu jak i samego brzmienia.

Piąty utwór na płycie to kawałek tytułowy, czyli „Misery”. Brzmi on zupełnie inaczej, ale mimo to trochę kojarzy mi się ze starszymi utworami zespołu. Dzięki czemu na swój sposób porywa i zgrywa się bardzo dobrze! Jest to kolejny numer na tej płycie, w którym tekst oraz połączenie elektroniki z ciężkim graniem wyszło zespołowi zaskakująco dobrze. Dalej krążek oferuje nam utwór „Kick Rocks”. Kawałek ten jest jednym z lżejszych fragmentów nowego materiału Australijczyków. Moim zdaniem mało porywający i chyba z całego albumu najsłabszy. Ot, zwykłe „rockowe granie”. O ile ten numer został mianowany najgorszym, o tyle kolejny na liście „Black Cloud” wcale nie nadgania mocy gitarowych brzmień. Słychać w nim coś świeżego i na swój własny sposób wszystko jest dobrze zgrane, jednak brak w nim energii i wspomnianych mocniejszych zagrań. Takie same odczucia mam względem „D.I.E.”, który na płycie rozbrzmiewa jako następny. „Drag The Lake” przywraca wiarę w ten album. Ósmy kawałek z nowego albumu TAA ponownie zapewnia nam czysty śpiew Joel’a, a ten przynajmniej moim zdaniem brzmi pięknie. Cały utwór również porywa za serce i zdecydowanie należy go nazwać jednym z lepszych.  Następnie mamy „Beltsville Blues” oraz „Set Me Free” dwa utwory, które znów przypominają mi w pewien sposób starsze wydawnictwa zespołu. Szczególnie to co mogliśmy usłyszeć na „This Could Be Heartbreak”. Piosenki są lżejsze, ale mają w sobie również elementy ciężkiego grania.
I przyszedł czas na ostatni powiew świeżości a zarazem mój ulubiony utwór z całego albumu – „The Gifthorse”. Z tego co udało mi się dowiedzieć, Joel napisał go dla swojego przyjaciela, w dzień, w którym dowiedział się o jego śmierci. Kawałek ten jest bardzo emocjonalny i wyjątkowo dobry. Aby się przekonać musicie po prostu sami go przesłuchać i stwierdzić, że jest on jednym z lepszych.

Wydawnictwo „Misery” jest czymś innym niż to co wcześniej prezentowało nam The Amity Affliciton, moim zdaniem w tym dobrym znaczeniu. Brakowało mi tu nieco cięższego grania, jednak wciąż całość materiału brzmiała bardzo dobrze. Mam nadzieję, ze kolejny krążek austorstwa Australijczyków będzie nieco cięższy, jednak podoba mi się kierunek jaki obrał zespół. Gdy wiele formacji stara się brzmieć całkowicie inaczej, ewoluować i nie zawsze im to wychodzi to The Amity Affliction robi to niesamowicie trafnie. Ostatecznie album ten ma u mnie solidne 4.5/5

Komentarze: