"Friendly Enemies"
Jule Vera
Premiera:
Wytwórnia:
Ilość utworów:

Recenzja: Jule Vera – “Friendly Enemies”

2015 July 7 | Sylwia Sarama


Niedawno dotarła do nas najnowsza i jak do tej pory jedyna EP-ka zespołu Jule Vera. Poszperałam trochę w sieci na temat kapeli i postanowiłam zbadać owe wydawnictwo noszące nazwę „Friendly Enemies” nieco bliżej. O tym w jakim stopniu krażek przypadł mi do gustu poczytać będziecie mogli poniżej. Nim jednak zacznę swoją opinię wspomnę jeszcze o kliku faktach. Grupa to jak dowiadujecie się w pierwszym zdaniu jeszcze świeża krew z małego miasteczka Opelika ulokowanego na zachodzie stanu Alabama. Swoją karierę rozpoczeli w 2013 roku i jak sami twierdzą inspirują się muzyką “The Killers, Queen i No Doubt” … ok, uprzedzę trochę fakty i powiem, że druga cześć zdania ni jak ma się do rzeczywistości chociaż tak faktycznie w swojej małej biografii mają napisane. Co do samego wspomnianego wyżej mini albumu, ten ukazał się 30 Czerwca bieżącego roku za pośrednictwem Pure Noise Records a jego producentem był Mitch Parks.

Ok to do rzeczy….

Już chwilę po rozpoczęciu pierwszego utworu kryjącego się za nazwą “1896” zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam sprawdzając krążek o godzinie 3 rano. Piosenka, która chyba miała być czymś al’a intro ma w sobie coś z kołysanek, których przyszło mi słuchać całkiem niedawno. Jednocześnie uświadomiłam sobie skąd biorą się porównania kapeli do ich nieco bardziej znanych rodaków z Paramore czy Pvris. W każdym razie kawałek ani melodią ani też mało ujmującym wokalem wokalistki do mnie nie przemówił i nie mam ochoty odtwarzać go ponownie. Porównując go z ogółem mini-albumu, pomimo tego że miał pełnić rolę intro jest jednym z najsłabszych utworów. Niestety dalej wcale nie jest lepiej … “Chemical Machine” to utwór równie monotonny i bez polotu co pierwszy. Wokalistka nadal bardziej mnie męczy niż przyciąga do słuchania a melodia zanika gdzieś w głębinach tunelu. Pod moje rozważania trafił także wysoce wybitny tekst, pozwolę sobie przytoczyć fragment, który przypada na refren piosenki.

This love is radioactive, so much so it’ll keep us distracted
Feels like a chemical machine inside, burning for you and me
So give in to the reaction, can’t fight can’t resist the attraction
Feels like a chemical machine inside burning for you and me

Zdaję sobie sprawę, że o wybitny tekst ciężko w naszych czasach ale słowa, które mi skojarzyły się z treściami zawartymi w starych piosenkach Gosi Andrzejewicz (istnieje możliwość, że obecnie też takie są niestety nie sprawdzałam) po prostu mnie przerastają. Dodatkowo stylistyka tekstowa pozostaje nie zmieniona do samego końca wydawnictwa, także na tym polu kapela już poległa w moich oczach. Jednak nie zakończę słuchania po dwóch piosenkach, także lecimy dalej a tam trafiamy na “Light the Night” … pierwsza myśl to “ale przecież to brzmi jak utwór Zedd’a i Hayley Williams”, szczególnie silne wpływy tym kawałkiem można wyłapać w refrenie piosenki amerykanów. A z resztą sprawdźcie to sami tutaj odszukacie “Stay The Night” (nawet tytuły są podobne, przypadek?), a utwór grupy Jule Vera odnajdziecie poniżej razem z teledyskiem. Być może jednak przez to podobieństwo, albo przez w końcu trochę żywszą melodię ten kawałek jest jednym z tych bardziej ujmujących na EP-ce.

Kolejne dwa numery to “One Little String” oraz “Die Trying”, oba charakteryzują się oczywiście durnym tekstem, jednak o tym że tak będzie wspomniałam nieco wcześniej. Wraca także irytujący wokal, o którym zapomniałam słuchając kawałka numer trzy. Pierwszy z tym utworów był jednak na tyle dobrze skonstruowany, że został mi w pamięci -> w końcu zawsze tak jest gdy 3/4 czasu to zapętlany refren. Druga piosenka to za to pierwszy okaz, w którym było słychać faktyczną grę na instrumentach, takiej perkusji na przykład. Ogólnie tą dwójkę mogę uznać za te z rodzaju średnich. Potem następuje moment nadziei, z początkiem “Scarlet Letter” pojawia się bowiem coś co z dźwięku przypomina pianino. Ta niestety szybko jednak ginie gdy na horyzont wkracza smętny wokal mojej ‘ulubionej’ już solistki. Gdyby jednak popracować nad tym nieco bardziej być może coś by z tego wynikło, gdyż ogólnie kawałek ma niezłe tło i potencjał.

No i nareszcie mamy tytułowy kawałek – “Friendly Enemies”. To jeden z tych dwóch maksymalnie trzech żywych utworów, które jakoś przyciągają uwagę słuchacza. I chociaż można go spokojnie przyrównać ponownie bardziej do Paramore aniżeli do Queen wymienionego w biografii to ma w sobie coś na tyle pozytywnego, że uznam go za numer dwa na tej EP-ce. O ostatniej już piosence zatytułowanej “You Can’t Mess Up” nie powiem już tyle dobrego, ale by się nie powtarzać odnośnie wad to ponownie zaznaczę, że utwór ma w sobie pewien potencjał i być może należało go jeszcze dopracować.

Ogółem ze względu na moją jawną awersję do damskich wokali (w tym wypadku dodatkowo słabego) być może nie jestem w pełni obiektywna, jednak melodycznie tej EP-ki także nie podniesiono na wyżyny. W związku z tym grupa zgarnia niskie noty (brak telemarka?) i szykuje lepszy debiutancki album 😉

Komentarze: