"What Was To Be Known"
Deaf Autumn
Premiera:
Wytwórnia:
Ilość utworów:

Recenzja debiutanckiego krążka Deaf Autumn.

2015 July 21 | Sylwia Sarama


Dziś specjalnie wstałam wczesną porą, by popijając kawę sprawdzić najnowszy, debiutancki krążek włoskiej grupy Deaf Autumn. Zespół ten dołączył do rodziny wydawnictwa THIS IS CORE w grudniu ubiegłego roku, a efektem ich współpracy jest wspominany w powyższym zdaniu krążek zatytułowany „What Was To Be Known”. Przyznaję album, który na rynek trafił z końcem czerwca musiał poczekać chwilę na swoją kolej, było jednak warto – o tym już jednak poniżej.

Swoją włoską przygodę z tym wydawnictwem rozpoczynamy od utworu o zacnym tytule „Nightmare” i już po kilku pierwszych sekundach wiemy, iż niczego nadzwyczaj wybitnego tutaj nie znajdziemy ale najgorzej też nie będzie. Kawałek jest skomponowany w sposób nasuwający mi starsze post-hardcore’owe produkcje i chwała za to. Naprawdę dobrze się go słucha i jest to zasługą chwytliwego tekstu oraz braku irytującego, wysokiego wokalu. „Get Inside of Me”, „This Skin” i „Nobody” to kolejne trzy numery jakie znajdziemy na tym krążku. W ich przypadku następuje sekwencja wzrostowa, o ile pierwszy z nich nie należy do tych kawałków, których szukać możemy na górnej półce jakościowej o tyle pozostałe dwa są stopniowo coraz lepsze (stopniowo bo trzeci z nich bije drugi na głowę). Jeżeli chodzi o te dwa lepsze utwory, to i w jednym i drugim na wstępie dostajemy niemal doskonałe zbilansowanie wejścia kolejnych instrumentów, które z kolei wprowadzają nas w stan gotowości na całkiem niezłe wokale i niestety nieco bardziej banalne teksty. Należy jednak zaznaczyć, że we wszystkich trzech kawałkach zachowano ujmujące ucho połączenia, a całości słucha się wyjątkowo przyjemnie po prostu pierwszy z nich nie przypadł mi osobiście do gustu i z każdą kolejną osobą opinia może być całkowicie inna. Następnie odtwarzamy utwór “Fuckin’ Funny”, wybitny tytuł niestety nie pokrywa się z przekazem. Mamy tutaj nieco więcej growl’u a i owszem, jednak zarówno w tym jak i z każdym następnym utworem następuje przeciążenie i niechęć do wokali czystych. Dalej mamy utwory “Say” i “Would You”, oba byłby całkiem niezłe gdyby nie wspominane wcześniej przeciążenie. Tak się też złożyło, że drugi z tych numerów to singiel, czy był to dobry wybór? Nie, mogli wybrać lepiej bo mają tutaj lepsze piosenki – ale to nie ja decyduję prawda?

No i ostatnia trójka – “Cold”, “Wasting” i “My Anger”. Pierwszy z nich to nic innego jak akustyk, a ja nie kryję się z moją nienawiścią do tego typu kawałków. Tutaj jednakowoż gdyby zmienić nieco wokal, wszystko mogłoby mi nawet przypasować. “Wasting” nie wyróżnia się za to niczym specjalnym , nie ma w tym utworze niczego o czym już bym nie wspominała wcześniej. Dobry refren, chwytliwa melodia i nieco irytujący już czysty wokal. Ostatni numer na płycie to jeden z trzech najlepszych utworów jakie tutaj wyszukałam, warto zwrócić na niego uwagę.

Podsumowując, gdyby podejść do każdego utworu z osobna a nie do wszystkich kolejno są one wyjątkowo dobre. Niestety przy słuchaniu w opcji numer dwa z czasem wokalista wykonujące czyste wokale staje się niemal dobijający. Ostatecznie skłoniłam się ku ocenie 3,75.

Komentarze: