"Dead, Everywhere"
Tear Out The Heart
Premiera:
Wytwórnia:
Ilość utworów:

Recenzja “Dead, Everywhere” od Tear Out The Heart

2015 June 10 | Ania Kamińska


Tear Out The Heart jest pochodzącą z St. Louis kapelą, która powstała w 2011 roku. Zadebiutowali oni jeszcze w tym samym roku wraz z EP-ką zatytułowaną “Tear Out The Heart”. Na pierwszy longplay musieliśmy jednak poczekać jeszcze dwa lata. W końcu w 2013 roku na półkach amerykańskich sklepów ukazało się “Violence”. Album ten był naprawdę solidnym i mocnym nagraniem, dlatego kiedy usłyszałam, że muzycy pracują nad kolejnym krążkiem, to bardzo byłam ciekawa tego, co on zaprezentuje. Nowa płyta zatytułowana “Dead, Everywhere” ukazała się na początku tego roku nakładem Victory Records i była promowana numer “Feel Real”, który możecie sprawdzić poniżej.

Zaczynając tę recenzję, na początku skupię się raczej na złych stronach tej płyty. Słuchając “Dead, Everywhere” znalazłam dwa duże minusy tej płyty. Przede wszystkim nagranie jest zdecydowanie zbyt długie. 14 utworów to zdecydowanie zbyt wiele na dzisiejsze standardy, przez co dużo łatwiej można się znudzić umieszczonymi tam numerami. Istnieje także większe ryzyko umieszczenia słabszych kawałków, które mogłyby zapełnić miejsce na płycie. Tutaj tak się stało między innymi z kawałkiem “Error”. Drugi minusem według mnie jest produkcja tej płyty. Słuchając wszystkich utworów ma się wrażenie, że najlepsze instrumentalne momenty są przykryte pod dużą dawką obróbki. Możemy to bardzo dobrze usłyszeć chociażby w “The Rejected”, gdzie ma się wrażenie, że przy nagrywaniu tej piosenki bardziej napracował się komputer niż sami muzycy. Na szczęście czyste wokale basisty grupy Isaaca Ettera zostały oszczędzone. Pewnie dlatego, że jest on naprawdę dobrym wokalistą i można usłyszeć, że nie ma on problemów z czystym śpiewaniem. Słuchając tego longplay’a odnosi się wrażenie, że dopiero wykonanie na żywo tych piosenek pokazałoby nam jak te piosenki brzmią naprawdę bez całej tej nadmiernej obróbki.

Tak naprawdę Tear Out The Heart brzmią jak jeden z wielu metalcore’owych zespołów. Ich piosenki nie wnoszą ze sobą nic nowego tak naprawdę. Mamy tutaj mocne zwrotki, refreny z czystymi wokalami i jakiś breakdown gdzieś pomiędzy. Niby nic odkrywczego, a jednak znaleźli w tym jakiś sposób na zainteresowanie słuchaczy swoją muzyką. Przede wszystkim refreny są bardzo melodyjne i łatwo je zapamiętać. Możemy to zauważyć chociaż w kawałku “I’ve Got Secrets”, który bardzo dobrze to pokazuje. Już po kilku przesłuchaniach bezwiednie śpiewałam sobie pod nosem fragment tej piosenki. Niewątpliwie mocnym punktem tego nagrania są utwory takie jak: “Feel Real”, czy “School of Bleeders”. W tych kawałkach Amerykanie niewątpliwie błyszczą, a same utwory są godnymi następcami tego, co mogliśmy usłyszeć na ich debiutanckim “Violence”. Na wydawnictwie nie zabrakło także odrobiny eksperymentów z muzyką elektroniczną, co możemy usłyszeć w siódmym na płycie kawałku “Breaking Through”. Także w “Viking Funeral” postanowili pokazać swoją odmienną, nieco ambientową stronę. Nie zabrakło także jednego nieco spokojniejszego kawałka. Na “Dead, Everywhere” jest nim “Incomplete”, który w całości składa się z czystych wokali.

“Dead, Everywhere” dostanie ode mnie taką czwórkę z minusem. Płyta jest naprawdę solidna. Zarówno fani ich starszych nagrań, jak i nowi słuchacze znajdą coś tutaj dla siebie. Album jest nie tylko mocny, ale także melodyjny. Muzycy nie bali także się nieco poeksperymentować przy niektórych piosenkach. Wielka szkoda tylko, że płyta nie została lepiej wyprodukowana, bo według mnie sposób brzmienia niektórych numerów odbiera im urok i przedstawia je w nieco gorszym świetle. Mam nadzieję, że na kolejnym nagraniu Amerykanów będzie to wyglądało nieco inaczej, ale czas to pokaże.

Komentarze: