"That's the Spirit"
Bring Me The Horizon
Premiera:
Wytwórnia:
Ilość utworów:

Recenzja: Bring Me The Horizon – “That’s the Spirit”

2015 October 9 | Sylwia Sarama


Czasy, w których mogliśmy łączyć twórczość Bring Me The Horizon z cięższymi gatunkami muzycznymi minęły bezpowrotnie, dla rozrywki zarówno naszej jak i waszej przyjrzyjmy się jednak najnowszemu wydawnictwu Brytyjczyków. Album zatytułowany “That’s the Spirit” to piąty krążek w karierze wyspiarzy i kolejny, którym udało im się wywołać burzę wśród swoich fanów dzielących się na dwa obozy – zagorzałych zwolenników ery “Count Your Blessings” (debiut) i tych otwartych na wszelkie nowelizacje brzmienia. Nim rozpoczniemy naszą przygodę z tym krążkiem, warto dodać iż wspomniane wyżej wydawnictwo ukazało się w krajach europejskich 11-ego Września bieżącego roku, tak więc mieliśmy trochę czasu by się z nim oswoić.

“That’s the Spirit” otwiera nam utwór zatytułowany “Doomed”, jest to jeden z tych nielicznych kawałków z całego albumu, który do mnie nie trafia, jednak trzeba mu przyznać, że doskonale wprowadza on nas w klimat jaki grupa przedstawiła światu na najnowszym krążku. W kawałku tym mamy także do czynienia z dużym naciskiem na nową odsłonę wokalną Sykes’a, a to ona w dużej mierze sprawia, że pozostała cześć wydawnictwa dla niektórych jest nie do przyjęcia. Nie brakuje także charakterystycznych dla tej płyty łagodnych melodii, z którymi poniekąd mieliśmy już styczność przy “Sempiternal” w 2013 roku. Odnoszę jednak wrażenie, że tym razem instrumentalna strona wydawnictwa jest jeszcze bardziej uboga aniżeli przy poprzednich albumach. Także, jeżeli ktoś szuka dla siebie ‘wybitnej’ harmonii dźwięków, która nie jest przeznaczona dla typowego radiowego odbiorcy, to może zakończyć słuchanie na pierwszym numerze, bo nic takiego tutaj nie znajdzie. Kolejnym dowodem dla tej tezy jest chwytliwe, ale zarazem nadal ‘biedne’ melodycznie “Happy Song”, czyli pierwszy oficjalny singiel jaki mogliśmy przesłuchać jeszcze przed premierą krążka. Ktoś kto zadecydował, iż to właśnie ten utwór będzie pierwszym promocyjnym numerem trafił w samo sedno. Piosenka wywołała dość przewidywalną burzę wśród zagorzałych fanów zespołu (o tym wspominałam już wyżej), jest prosta w odbiorze, co czyni ją perfekcyjnym utworem do radia, a do tego tekst jaki w niej usłyszymy spokojnie można przyrównać do słów pisanych dla pop’owych gwiazdeczek. Mimo to z upływem czasu większość słuchaczy, a w tym także i ja dochodzi do wniosku, że jest to jedna z lepszych piosenek na płycie… ale na pewno nie najlepsza.

Zagłębiając się coraz to dalej w album napotykamy kolejne dwa singlowe numery… zarówno “Throne” jak i “True Friends” spotkały się już z nieco lepszym odbiorem i przyznaję wcale mnie to nie dziwi. Oba kawałki są żywe, brak w nich monotonności, a teksty mimo prostoty nieco mniej ‘drażnią’ uszy aniżeli ten z powyżej wspomnianej “szczęśliwej piosenki”. Takie połączenie, nazwijmy to roboczo – zalet, sprawia iż są to kolejni dwaj pretendenci do tytułu najlepszego utworu na płycie. Do takiej pozycji nie dąży już niestety “Follow Me”, numer podobnie jak pierwszy kawałek z tej płyty nie może do mnie przemówić. Zwrotki w tym utworze są niemal mówione, to są nadal całkiem “ładne, zgrabne i powabne”, dzięki czemu słucham ich z nieukrywaną przyjemnością. Jednak refren tej piosenki wprowadza mnie w stan zbliżony do przysłowiowej białej gorączki i nie wiem czy wpływ na to mam moment przejścia, czy wyjątkowo irytująca forma przekazu słów. Po takich mieszanych odczuciach jakie grupa przywołała u mnie tym utworem, z ulgą mogę się zagłębić w “What You Need” i ” Avalanche”, czyli kolejne dwa numery z płyty. Pierwszy z nich to mój zdecydowany “pretendent numer jeden” czy też po prostu faworyt. Nie zdziwię się, jeżeli za jakiś czas będziemy mogli słuchać tej piosenki prosto z rozgłośni radiowych czy telewizyjnych, chociaż nadal nie mamy tutaj niczego ambitnego to jest to najbardziej chwytliwy kawałek na tym wydawnictwie. [ps. Chyba słyszałam tam ‘zaginioną’ perkusję Matt’a!] Jeżeli chodzi o drugi z wymienionych wyżej kawałków to jest nieco wolniejszy niż poprzedni, jednak podobnie trafia w ucho niemal z pierwszą sekundą. Chociaż brakuje tutaj charakterystycznego ‘zacięcia’, które mogłoby dodać tej piosence jeszcze więcej uroku.

Już sam początek “Run” rzuca mi pytanie czy ja aby na pewno słucham kapeli, która jeszcze kilka lat temu “darła trepa” niczym piekielne pomioty (zachowuję oryginalne nazewnictwo mojej rodziny). ‘Eeee oooo eee oooo’, to litery z alfabetu łacińskiego co do tego nie mamy wątpliwości, być może zespół jednak jakieś miał skoro postanowił się z nami nimi podzielić? Nie wiem, jestem za to 100% pewna, że to kolejny kawałek z mojej listy “nie jestem co do tego pewna”. Podobne odczucia mam do nieco unowocześnionej wersji “Drown”, gdyż “nie jestem pewna” czy ten singiel kiedykolwiek mi się podobał. Mam wrażenie, że celem tutaj było wypełnienie jakieś magicznej luki przy nieznacznym nakładzie pracy i wrzucenie ponownie tego samego kawałka do mojego odtwarzacza. Zaraz po mistycznej “czarnej dziurze” usłyszymy utwór nazwany “Blasphemy”, który nieco rozjaśnia mi tą niekoniecznie trafioną końcówkę albumu. Chociaż musiałam się długo do niego przekonywać to kawałek mi przypadł mi do gustu. Nie powiem brakuje mi w nim nieco wigoru, ale no przecież nie można mieć wszystkiego. Na koniec przygody z nowym krążkiem BMTH mamy jeszcze piosenkę zatytułowaną “Oh No” … dziwny jest to twór, tak dziwny, że aż nie wiem co na jego temat powiedzieć… wychodzi na to, iż musicie sami sprawdzić czy odpowiada wam [prawdopodobnie] saksofon w połączeniu z tą kapelą.

Reasumując najnowsze wydawnictwo Bring Me The Horizon być może nie należy do wybitnych, jednak zaskakuje i daje nam powiew świeżości w brzmieniu kapeli. Znajdziemy na nim kawałki lepsze i gorsze, które trafią zarówno do starszych odbiorców jak i do młodszego pokolenia fanów. Na tej płycie kryje się coś dla każdego i z czystym sumieniem daje jej 4 punkty/gwiazdki w naszym rankingu. A jakie są wasze opinie?

Komentarze: