"Shields & Crowns"
Awaken I Am
Premiera:
Wytwórnia:
Ilość utworów:

Recenzja albumu “Shields & Crowns” od Awaken I Am

2015 April 7 | Ania Kamińska


Awaken I Am jest pochodzącą z Australii kapelą, która po dziesięciu latach istnienia, w końcu wydała swój debiutancki album. Pod koniec ubiegłego miesiąca do sprzedaży trafił ich pierwszy studyjny krążek zatytułowany “Shields & Crowns”. Po wydanej w 2012 roku EP-ce “Resonance”, która w moim odczuciu była bardzo dobrą pozycją, bardzo liczyłam na to wydawnictwo. Dlatego też teraz postanowiłam się bliżej przyjrzeć temu nagraniu.

Nie będę ukrywać, że do sprawdzenia tego materiału przekonała mnie nie tylko znajomość poprzednich utworów zespołu, ale przede wszystkim miejsce pochodzenia tej kapeli. W końcu Australia ma jedną z lepszych scen muzycznych na świecie, która cały czas prężnie się rozwija i zaskakuje na każdym kroku. Słoneczna wyspa jest kolebką nie tylko zespołów reprezentujących mocne brzmienia, takich jak Parkway Drive, czy Make Them Suffer. Światową karierę robią także post-hardcore’owe grupy takie jak: The Amity Afflictio, czy Dream On, Dreamer. Swoje miejsce w światowych rankingach zdobywają także nieco spokojniejsze rockowe brzmienia, które reprezentują zespoły takie jak: Birds of Tokyo, albo The Getaway Plan. Swoje miejsce w tym muzycznym australijskim świecie znaleźli także muzycy z Awaken I Am. Grupa zdaje się wpisywać w panujący ostatni trend, który sprowadza post-hardcore do nieco bardziej lekkich i rockowych brzmień. Brzmieniowo jest im bliżej do Hands Like Houses, czy najnowszego krążka Emarosy, niż do utworów granych chociażby przez In Hearts Wake, w których przeważają krzyczane zwrotki. Na najnowszym wydawnictwie Australijczyków, mocniejsze wokalne elementy zajmują może 3% całości, gdyż przez 50 minut nagrania towarzyszą nam czyste wokale. Fanów hardcore’owych brzmień może to jednak nieco odstraszyć, jednak Ci co lubią pobujać się do Hands Like Houses, Emarosy, czy Slaves, powinni odnaleźć coś dla siebie w tym wydawnictwie.

Jeśli chodzi o muzykę reprezentowaną przez tę kapelę, to muzycznie można porównywać ich do innych grup z tego kraju. Z jednej strony blisko im do Hands Like Houses, Storm The Sky, czy nieco mocniejszego The Amity Afflicition albo In League, a z drugiej strony muzycy są w stanie reprezentować swój własny styl niepodobny do żadnej z tych kapel. Instrumentalnie album jest bardzo dobrze nagrany. Gitary nadają energii temu wydawnictwa. To one nadają mocy i brzmienia wszystkim tym utworom, dzięki czemu każdy kawałek z osobna może zostać zapamiętany na długo. Perkusja mimo, że nie wyróżnia się niczym szczególnym w kompozycji, to została bardzo dobrze nagrana. Same wokale mogą być częścią sporną tego wydawnictwa. W końcu nie każdy jest fanem dużej liczby czystych wokali. Mimo, że wokalista grupy, Adam Roger Douglas, dysponuje całkiem sporą skalą wokalną, to dla niektórych słuchanie nieco wysoki dźwięków w niektórym momencie może być męczące. Ważną rolę na tym krążku odegrały gościnne wokale. W kawałku “The Depths” pojawił się nie nikt inny jak Jonny Craig ze Slaves, który jak zwykle odwalił kawał dobrej roboty, czym nikogo nie zdziwił. Swoje trzy grosze dorzucił także Ricky Thomas z australijskiej grupy In League, który zaśpiewał w najmocniejszym utworze na tej płycie, czyli “Shields”. Muzyk naprawdę zabłysnął w tym kawałku i słychać, że jego screamy polepszyły się, biorąc pod uwagę najnowszy album jego grupy. Z kolei w utworze “Chanelling”, wystąpił Ben Blondel, znany z australijskiej folkowej kapel Death And A Cure.

“Shields & Crown” nie jest jednak tylko płytą, na której dobre są tylko gościnne wokale. Choć nie mogę też zaprzeczyć, że “The Depths” z gościnnym udziałem frontmana Slaves jest jedną z lepszych piosenek. W tym momencie warto także wspomnieć jeszcze o otwierającym album kawałku “Divisions” i jednym z kolejnych numerze “The Onlooker”. W porównaniu z resztą kawałków, które znalazły się na tym wydawnictwie, wydają się mieć najwięcej post-hardcore’owego brzmienia. Mimo braku screamów, utwory te mają w sobie jakąś moc, która sprawia, że chce się do nich wracać. Wysoką pozycję wśród moich ulubionych utworów na tym albumie, znalazł także kawałek “Capture”. Piosenka ta jest nie tylko energiczna i zachęcająca do zabawy, ale także grupowe wokale sprawiają, że numer ten wyróżnia się na tle innych. Jeśli z kolei kładziecie większy nacisk na przekaz wokalny, to polecam sprawdzić Wam numer “Vices”. Wokalista grupy w tym kawałku naprawdę błyszczy i pokazuje na co go stać. Jeśli chodzi o słabsze momenty tego albumu, to jest nim utwór “Landslides”. Nie przypadł mi on za bardzo gustu, wydaje się powtarzać schemat zawarty w pozostałych utworach i nie ma w sobie tego czegoś, co by zwróciło moją uwagę. Niewątpliwie jednak także ten numer zapewne znajdzie swoich zwolenników.

Wszystkie dwanaście piosenek, które znalazły się na “Shields & Crowns” są naprawdę udane. Może nie zachwycają od strony lirycznej, ani nie wprowadzają niczego nowego jeśli chodzi o strukturę piosenek, jednak całość daje bardzo pozytywne odczucia. Albumu słucha się naprawdę przyjemnie od samego początku, aż po ostatni kawałek. W niektórych momentach aż chce się powiedzieć, szkoda, że nie ma w tym momencie screamu, jednak także większość czystych wokali spisała się naprawdę dobrze. Mimo braku krzyczanych wokali, z utworów nadal płynie energia, która jest ogromnym plusem tej płyty. Choć nikt nigdy nie pogardziłby większą liczbą utworów takich jak “Shields”. Jeśli jesteście fanami Hands Like Houses, czy nowej Emarosy, to naprawdę zachęcam Was do sprawdzenia tego wydawnictwa. Jeśli wolicie więcej breakdownów i mocniejsze wokale, to lepiej poświęćcie tę godzinę na sprawdzenie jakiejś innej kapeli.

Komentarze: