"Lost Isles"
Oceans Ate Alaska
Premiera:
Wytwórnia:
Ilość utworów:

Recenzja albumu “Lost Isles” od Oceans Ate Alaska

2015 April 9 | Ania Kamińska


O pochodzącej z Wysp Brytyjskich kapeli Oceans Ate Alaska po raz pierwszy mogliśmy usłyszeć w 2011 roku. Głośniej o nich zrobiło się rok później za sprawą ich debiutanckiej EP-ki “Into the Deep”, która przypadła do gustu słuchaczom na całym świecie. Nic więc dziwnego, że przez te kilka lat wielu czekało na pojawienie się ich debiutanckiego albumu. W końcu w tym roku nasze oczekiwanie dobiegło końca. Pod koniec lutego Brytyjczycy wydali swój pierwszy studyjny krążek zatytułowany “Lost Isles”, który promowali na początku tego roku podczas swojej europejskiej trasy koncertowej, która zahaczyła także o Polskę.

Jak mówią sami muzycy, na tym albumie chcieli opowiedzieć o samotności i o tym jak ludzie mogą czuć się zagubieni będąc z dala od rodziny, przyjaciół, czy samego społeczeństwa. Poruszenie w tekstach takiego tematu, który może w różnych momentach życia spotkać każdego z nas, jest ważną rzeczą, zwłaszcza dlatego, że dzisiaj nie każda kapela postanawia mówić nam o kwestiach, które bywają istotne. Kiedy słucha się tego albumu po raz pierwszy, można odnieść wrażenie, że utwory są chaotyczne, nieskładne i pozbawione sensu. Jednak kiedy bliżej przyjrzymy się temu 45-minutowemu nagraniu odkryjemy, że nawet w tym nieładzie jesteśmy w stanie odkryć porządek. Z jednej strony muzycy w swoich kawałkach pokazują nieporządek, nieco progresywne granie i nakładające się linie melodyczne, z drugiej strony nie brakuje też melodyjności i czystych wokali. Każdy ze wspomnianych elementów mimo, że bardzo się od siebie różni, to w połączeniu ze sobą tworzą spójną całość. Dzięki temu otrzymujemy gatunek muzyczny zupełnie inny od tego, co znaliśmy do tej pory. Nie jest to ani metalcore, post-hardcore, ani żaden z gatunków pośrednich. Powstaje nam kapela, którą muzycznie nie jesteśmy w stanie porównać z żadnym innym zespołem, co w ogromie muzycznego świata, jest zdecydowanie plusem.

Album na którym znalazło się trzynaście zupełnie nowych utworów otwiera prawie półtora minutowe intro “Fourthirtytwo”. Ten krótki kawałek zawiera w sobie fragment przekazu radiowego, który został wyemitowany w 1958 roku podczas megatsunami w Lituya Bay na Alasce. Stąd też wzięła się nazwa kapeli, która zapewne dla wielu z Was nabierze w tym momencie sensu. Intro to łączy się z jednym z singlowych kawałków “Blood Brothers”, który pokazuje już nam w pełni to, czego możemy spodziewać się po tej płycie. Piosenka przepełniona energią i dobrym screamem zapewne przypadnie do gustu nie jednemu słuchaczowi. Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest “High Horse”. Wokalista kapeli w tym kawałku naprawdę pokazuje na co go stać. Jego screamy i growle są naprawdę imponujące. Kolejnym z bardzo dobrych utworów jest kawałek zamykający album – “Mirage”. Elementy melodic hardcore’u zapewne wpłynęły na to, że piosenka wyróżnia się wśród innych i słychać w niej nieco więcej emocji. Chyba najbardziej wyróżniającym utworem na tym longplay’u jest “Floorboards”. W tym kawałku chyba możemy usłyszeć czyste wokale w największej ilości. Refreny tutaj przybrały nieco formę znaną nam z pop punkowych piosenek. Ta część piosenki nie jest według mnie jej najmocniejszą stroną, jednak fani nieco lżejszego grania znajdą zapewne w tym coś dla siebie.

W porównaniu z poprzednimi wydawnictwami Brytyjczyków, na “Lost Isles” słyszymy nieco mniej czystych wokali i nie są one aż tak dobre jak były kiedyś, gdyż brakuje w nich nieco emocji, jednak nadal bardzo przyjemnie się ich słucha. Na szczęście te drobne niedociągnięcia nadrabiają screamy i growle, które są naprawdę bardzo dobre. Nawet fani breakdownów mogą czuć się pocieszeni, gdyż na tej płycie jest ich naprawdę sporo. Mimo, że piosenki są w niektórych momentach bardzo podobne do siebie i nieco powtarzalne, to w całości robią piorunujące wrażenie, dlatego z chęcią polecę tę kapelę każdemu, kogo znudził się już metalcore grany przez większość zespołów i poszukuje w tym gatunku czegoś nowego, bo na oryginalność w Oceans Ate Alaska nie mamy co narzekać.

Komentarze: