"Node"
Northlane
Premiera:
Wytwórnia:
Ilość utworów:

Northlane powracają z trzecim studyjnym albumem “Node” w nowym stylu

2015 July 16 | Ania Kamińska


Australia jest niewątpliwie krajem, który ma jedną z lepiej rozwiniętych scen muzycznych na świecie. Sławę osiągają tam nie tylko gwiazdy muzyki pop, ale także cięższe brzmienia są tam bardzo wspierane. Bez wątpienia to pomogło Sydnejczykom z Northlane w osiągnięciu światowej sławy. Już ich pierwszy studyjny krążek „Discoveries”, który ukazał się w 2011 roku wzbudził niemałe zainteresowanie. Także wydany dwa lata temu „Singularities” umocnił ich pozycję na rynku. Teraz po dwóch latach od tego wydarzenia , z nowym wokalistą Marcusem Bridgem na czele i w nowy stylu będą próbować zdobyć serca fanów ze swoim trzecim studyjnym krążkiem „Node”, który do sprzedaży w przyszłym tygodniu.

W momencie, w którym wokalista grupy Adrian Fitipaldes ogłosił w ubiegłym roku, że odchodzi z zespołu, wśród fanów zawrzało. Wszyscy zastanawiali się kto zastąpi jego miejsce. Po ogłoszeniu międzynarodowego castingu i otrzymaniu tysięcy zgłoszeń, Australijczycy ostatecznie zdecydowali, że nowym wokalistą zostanie Marcus Bridge, muzyk, który znany był między innymi z występowania z pop rockową kapelą Sound Of Seasons. Już w nowym składzie wydali pierwszy singiel zatytułowany „Rot”. Już wydanie tej jednej piosenki sprawiło, że fani kapeli bardzo wyraźnie podzielili się na zwolenników i krytyków nowego stylu. Jednym spodobał się nowy kierunek, drudzy z kolei nie byli do niego zbyt przekonani i uważali, że „Northlane już się skończyło”. Wiadomo, każdy lubi coś zupełnie innego. Zapewne w tym miejscu będę w tej mniejszości, gdyż na wstępie muszę stwierdzić, że zmiana przypadła mi do gustu.

Już praktycznie od początku tego roku Australijczycy mocno zaczęli promować nowe wydawnictwo. Sama płyta otoczona była też wątkiem tajemniczości. Muzycy na swoich profilach na portalach społecznościowych zostawiali różne zagadki, wskazówki i teksty napisane w języku Braille’a, wszystko po to, by fani sami mogli odkryć ich nowy album. Te akcje jednak nie były przypadkowe, gdyż nawiązywały one do tytułu płyty. Współcześnie słowo „Node” oznacza tak naprawdę węzeł sieci komputerowej, który pozwala na wysyłanie, odbieranie i przekazywanie informacji przez kanał komunikacyjny.

Z drugiej jednak strony patrząc na tytuły wszystkich piosenek , możemy śmiało stwierdzić, że jest on powiązany z mitologią i starożytnymi wierzeniami. Sam tytuł może tutaj nawiązywać do rzymskiego bóstwa rolniczego Nodutusa, który brał w opiekę źdźbła zbóż, które miało kolanka i węzełki w okresie kwitnienia. Idąc tym tropem natrafiamy na inne imiona bogów, lub na stwierdzenia bezpośrednio związane z mitologią. Mamy tutaj wedyjskiego boga roślin Soma, czy egipskiego boga słońca Ra. Pojawiają się tutaj także nawiązania do różnych teorii kreacji świata. Ohm nawiązuje tutaj do mantry Om, która uważana jest jako dźwięk powstania wszechświata, a Leech odnosi się do indyjskiej teorii stworzenia świata, który mówi nam o tym, że Księżyc podarował Bogu słońca Żółwie, Kraba i Pijawkę, i tylko tej ostatniej udało się zdobyć kawałek gliny z głębin oceanu, z której powstała Ziemia. Czyżby muzycy z Northlane przekładali starożytne mity na problemy świata współczesnego? Na to wychodzi. Już chociażby analizując tekst „Leech” możemy dojść do wniosku, że piosenka opowiada nam o ludziach, który dosłownie „wysysają” ziemię z surowców naturalnych by osiągnąć materialne korzyści. Jednak w tym momencie od wszystkich zagadek zostawionych nam przez zespół ważniejsze jest to, co na nim zaprezentowali.

Ten jedenasto-utworowy album otwiera kawałek zatytułowany „Soma”. Pierwsze takty tego utworu mogą nam przywołać na myśl stare dobre Northlane, gdyż zaczyna się on naprawdę z dużym przytupem i płynie z niego wiele energii, jednak mniej więcej w połowie wszystko zmienia sią o 180 stopni i możemy doświadczyć czegoś bardziej spokojnego. Brzmi to trochę tak jakby chcieli nam na wstępie opowiedzieć jakąś bajkę. Po mocnym utworze z nieco spokojnieszym akcentem, nadchodzi pora na coś bardziej progresywnego, czyli dobrze już znany utwór „Obelisk”. Początkowo nie mogłam się szczególnie przekonać do tego kawałka, jednak z czasem znalazłam w niej coś, co przykuło moją uwagę. Następny w kolejności jest tytułowy kawałek, czyli tytułowy „Node”. Temu kawałkowi bliżej jest do alternatywy niż metalcore’u. Na pierwszym planie mamy tutaj zdecydowanie czyste wokale, które sprawiają, że piosenka jest bardzo melodyjna, w tej melodyjności jest nawet coś kojącego zmysły. „Ohm” z kolei ma w sobie odrobinę elemtów melodic hardcore’u, przynajmniej na jej początku, a także melodyjny refren, który zapada w pamięci na długo.

Numer pięć na krążku to utwór zatytułowany „Nameless”. Muzycy pozwolili w nim sobie nieco poeksperymentować. Jest to kawałek niemalże instrumentalny. Na samym początku ma on nieco bardziej ambientowy charakter, jednak z upływem sekund nabiera on mocy i wprowadza nas w dobrze znany już kawałek „Rot”, który na płytę został nagrany jeszcze raz. Następny w kolejności jest jeden z nowszych singli, czyli „Leech”. W pierwzych momentach piosenki, w któych słyszymy „Follow me underwater until the searchlights leave the shore. / Follow me underwater untill we find what we’re looking for”, można odnieść wrażenie, że na wokal został nałożony efekt, by wszystko brzmiało tak, jakby było nagrane pod wodą. Piosenka jest niewątpliwie mocniejszą stroną krążka, nieco w stylu Deftones, zdecydowanie na plus. Mocną stroną „Node”, jest także kolejny kawałek ­”Impulse” zaczynający się od słów „So alone in a digital world”. Utwór niewątpliwie nawiązuje do tego, że coraz częściej i więcej czasu spędzamy w mediach społecznościowych i zagłębiając się w internetowym świecie. Nie chodzi jednak już tutaj o sam przekaz, także instrumentalnie i wokalnie piosenka stoi na wysokim poziomie. Na dziewiątym miejscu mamy „Weightless”. Jest to jeden z dłuższych numerów na płycie. Po kilku mocniejszych kawałkach, Australijczycy pozwolili w niej sobie nieco zwolnić tempo. Jest po raz kolejny, nieco eksperymentalnie i bajkowo. Utwór ten ma w sobie coś magicznego, co niewątpliwe wyróżnia go na tej płycie. Powoli zbliżamy się już do końca. Przedostatni na płycie jest utwór „Ra” jest to chyba najsłabszy z singli, które zostały wydane, także na płycie wypada zdecydowanie najsłabiej, choć zapewne znajdzie on swoich zwolenników. Ostatecznie nagranie zamyka kawałek „Animate”, który rozpoczyna się bardzo melodyjnie. Nie braknie w nim także screamów i nieco mocniejszego uderzenia. Zdecydowanie pasuje on na zakończenie całego krążka.

Jak muzycy niejednokrotnie podkreślali w wywiadach na „Node” chcieli pokazać od siebie coś świeżego. Niewątpliwie im się to udało. Jest to chyba najbardziej zróżnicowany album, jaki wydali do tej pory, a każda z piosenek się wyróżnia i jest wyjątkowa na swój sposób. Z jednej strony jest mocno, z drugiej jest spokojnie. Jest przede wszystkim bardziej progresywnie niż dotychczas. Sami muzycy bawią się tutaj także dźwiękami. Także w tekstach nie zabrakło odwołań do spraw społecznych, politycznych i ekologicznych. Jeśli spodziewacie się „starego Northlane” i kawałków w stylu z poprzednich wydawnictw, to możecie się ich nie doczekać. „Node” może Was zaskoczyć albo w pozytywny, albo negatywny sposób, jednak to już zależy od Was.

Komentarze: