"Renditions"
Secrets
Premiera:
Wytwórnia:
Ilość utworów:

Grupa Secrets i ich akustyczna przygoda…

2015 April 7 | Sylwia Sarama


Przyznaję, że do nowej EP-ki amerykańskiej grupy Secrets zatytułowanej “Renditions” podchodziłam z ogromnym dystansem. W końcu nie codziennie trafia się singiel, który przy pierwszym odsłuchaniu, a właściwie po pierwszej minucie od kliknięcia play, wydał mi się po prostu koszmarny… w wielkim skrócie. Postanowiłam jednak z sentymentu do kapeli zaryzykować te 15 minut (!) mojego życia i sprawdzić co też wynikło z ich akustycznego przygrywania.

Nim przejdę do piosenek, to swoją drogą jest sens wydawać mini-album trwający kwadrans, nie lepiej to było nazwać obszernym singlem? Ot co taka ciekawostka, chociaż zdaję sobie sprawę, że to sytuacja na porządku dziennym. Ok, pierwszy utwór z tego ‘krążka’ to po prostu wersja akustyczna piosenki z drugiego albumu kapeli zatytułowanego “Fragile Figures”. Słuchając wersji oryginalnej “Forever and Never” dla porównania zastanawiam się dlaczego razem z gitarami akustycznymi z tej piosenki znika jakakolwiek żywiołowość. O ile na albumie była to jedna z moich ulubionych piosenek, tak tutaj jest lekko nudna/usypiająca i jedyną rzeczą, która ją ratuje jest wokal Richard’a Rogers’a. Pan nie potrafi śpiewać na żywo co daje dużo do myślenia skoro on ją ratuje (albo nie potrafił w roku 2011, być może coś się zmieniło), jednak na nagraniu wszystko brzmi podejrzanie dobrze. Następny jest utwór bardziej nowy (z re-edycji tego samego krążka) i jednocześnie jest to ten nieszczęsny singiel, który na początku mnie do siebie nie przekonał – “Dance of the Dead”. Za trzecim razem czy też czwartym zaczynałam dostrzegać przy nim lekkie plusy. Refren to główny atut tej piosenki, łatwo wchodzi w pamięć, ma całkiem fajny tekst i jest znacznie bardziej ‘żywy’, niż ten w piosence poprzedzającej. Nie podobają mi się jednak wstawki ‘rapowane’, czy jak te próby zwać, które pojawiają się około pierwszej minuty. Gdyby je wywalić, byłoby to nawet dobry kawałek do naszych post-hardcore’owych wieczorków z karaoke (i biedną ilością alkoholu)… Utwór numer trzy, to kolejna nowa wersja znanej już piosenki. I kolejna porażka w moich oczach, chociaż tytułowy krążek z “Fragile Figures” nie należał do moich ulubionych. To brakuje w nim charakterystycznych momentów z wokalem Aarona Melzer’a i zacięcia gitar elektrycznych. Rozumiem, że akustyki do mocnych nie należą ale ten utwór w takiej wersji jest po prostu słaby, nawet wokal tym razem nie był w stanie go uratować. Myślałam, że będzie to najgorszy kawałek z tej EP-ki, nie wiedziałam jednak w jakim błędzie byłam póki iTunes nie odtworzył mi “What’s Left of Us”. Ostatnia piosenka zaczyna się tak piskliwym głosikiem, że miałam ochotę wyrzucić komputer za okno albo przynajmniej zrzucić do z kolan (uroki laptopów). Ironicznie jest to najdłuższy kawałek na tym wydawnictwie, a ja przerośnięta jego ambicją miałam ochotę go wyłączyć po dwóch minutach (niecałej połowie)…. Motyw dzwoneczków w tym utworze po trzeciej minucie to gwóźdź do trumny tej piosenki, dziękuję za uwagę.

Czy te poświęcone na przesłuchanie minuty uważam, za zmarnowane? Nie do końca … EP-ka ma u mnie 2.5/5 gwiazdek/punktów/serduszek (niepotrzebne skreślić). Pomijając fakt, że z tych minut 15 powinno wyciąć się jeszcze ostatnich pięć to pozostałe trzy utwory są wyjątkowo jak na akustyki znośne. Dodatkowym atutem jest też fakt, że początkowo skreślony przeze mnie singiel okazał się być nawet dobrym kawałkiem. Teraz Panowie powinni jednak zebrać się do kupy, znaleźć basistę (poprzedni odszedł w zeszłym roku), wyrzucić gitary akustyczne przez okno, przejechać je tirem i spalić dla pewności, po czym nagrać swój trzeci longplay w swoim już standardowym stylu.

Komentarze: