"Get Lost, Find Yourself"
Chunk! No, Captain Chunk!
Premiera:
Wytwórnia:
Ilość utworów:

Recenzja nowego albumu Chunk! No, Captain Chunk!

2015 May 14 | Sylwia Sarama


Od jakiegoś czasu w sieci mogliśmy znaleźć dwa nowe utwory francuskiej grupy Chunk! No, Captain Chunk!, które jednocześnie były zapowiedzią trzeciego studyjnego krążka zespołu. Wydawnictwo zatytułowane “Get Lost, Find Yourself” ma ukazać się 19-ego Maja, jednak my już położyliśmy na nim swoje łapki efektem czego jest ta recenzja. Zapraszam więc do czytania!

Jeszcze tytułem wstępu, krótka lekcja historii. Jak wspomniałam wcześniej Chunk!, No Captain Chunk! to grupa wywodząca się z Francji z Paryża w gwoli ścisłości, gdzie założona została w 2007 roku. Jak do tej pory mają na swoim koncie dwa studyjne albumy, oba wydane za pośrednictwem amerykańskiej wytwórni Fearless Records (pierwszy jako re-edycja, pierwotnie wydało go InVogue ). Pierwszy z nich to “Something for Nothing”, wydany w 2010 roku – cieszył się on jednak ograniczoną popularnością. Inaczej sprawa ma się w przypadku następcy tego krążka – “Pardon My French”. Dzięki temu albumowi grupa wybiła się na Starym Kontynencie między innymi na Wyspach Brytyjskich i stała się bardziej zauważalna.

Przejdźmy teraz do płyty, której od samego początku przyjemnie mi się słucha. Jest to zapewne wynikiem znanych mi już singli “Playing Dead”, od którego zaczyna się album i następującego na miejscu trzecim “The Other Line”. Oba kawałki są dość rytmiczne i brzmieniem charakterystyczne dla tego zespołu. Nie brakuje wkręcających się refrenów i prostych tekstów połączonych z growlem wydobywającym się z niepozornego wokalisty (Załączę zdjęcie). Jeżeli przy tych kawałkach miałabym się do czegoś doczepić to właśnie do powtarzalności brzmienia gitar i ich zgrania z perkusją. Dodatkowo słuchając pierwszego z tych kawałków potrzebowałam kilku podejść, bo nieco ciężej się w niego ‘wgryźć’ aniżeli w “The Other Line”, które trafiło do mnie niemal od razu.

Idąc dalej czas na potentatów do najlepszych kawałków z albumu, czyli numerki #2 “City of Light”, #5 “Pull You Under” i #10 “Every Moment”. Pomijając pierwszy z nich na moment to właśnie w tych kawałkach znajdziemy dozę growlu tego niepozornego wokalisty co moim zdaniem dodaje kapeli specyficznego charakteru, ni to pop-punk ale z pazurem. Naprawdę szkoda, że z tą płytą naprawdę mocno ograniczyli ten element. Te trzy utwory podobnie jak i dwa pierwsze tutaj omawiane mają w sobie jeszcze tego znanego nam Chunk’a (chwała im za to) z lekką domieszką czegoś nowego. Pierwszy kawałek to jedyny ‘potentat’ bez growlu, który po prostu urzeka prostotą klasycznie pop-punkowego kawałka z fajnym refrenem, nieco zmodernizowanym podejściem do wokalu i standardowym brzmieniem gitar francuzów. Nic dodać nic ująć, wpasowuje się idealnie pomiędzy dwa dobre single wymienione wyżej. Mój drugi faworyt z wydawnictwa, to kompletne zaskoczenie … w pierwszej chwili na myśl przyszedł mi Emmure, takiego brzmienia się nie spodziewałam. Oczywiście im dalej tym to wrażenie zanikało a muzyka bardziej wchodziła w zwykłe tonacje kapeli, ale smaczek pozostał. Jednocześnie to chyba w tym utworze znajdziemy najmocniejszy wokal w połączeniu oczywiście z łagodnym płynącym na fali dźwięku refrenem. I trzeci kandydat do tytułu to ostatni już kawałek na płycie. Podobnie jak poprzednia zadowala mnie mocniejszym akcentem, do tego wokal świetnie zgrany z ‘zacięciami’ w melodii. Wszystko do siebie ładnie pasuje i nie ma na co narzekać.

Skoro już odnoszę się do numerów to na krążku znalazło się też coś dla fanów ‘smętów’ akustyko-podobnych lub takich, które powinny zostać nagrane w tej wersji by brzmieć lepiej. Utwory #6 “What Goes Around” i #9 “Get Lost, Find Yourself” to właśnie takie kawałki i jeżeli ktoś czytał moje poprzednie recenzję (nie jest ich jakoś wiele) to wie, że do takich kawałków podchodzę z dużym dystansem bo w większości mi się nie podobają. W tym przypadku los rozdał losy pół na pół i o ile pierwszy z tych utworów uważam za kompletnie nie trafiony, gdyż jedyne co mnie w niej przekonuje to w miarę dobry refren, o tyle drugi jeszcze bardziej ‘akustyczny’ z komputerową obróbką jest już ogólnie dobry. I jeżeli miałabym wybierać co zostawić a co wyrzucić z płyty, mój wybór jest całkowicie oczywisty 9-tka zostaje, 6-stka leci – refren to zdecydowanie za mało by powiedzieć, że ta piosenka mnie do siebie przekonała. Niestety drugi kawałek, że tak powiem slangiem “d__y nie urywa” to jednak ogólnie brzmi lepiej i bardziej do mnie przemawia. Oczywiście nie zdziwię się, jeżeli znajdą się i tacy, którzy się z tą opinią nie zgodzą w końcu tak owa jest typowo moja 😉

Pozostały mi jeszcze ‘średniaki’ i piosenka żart (prawda, że to żart?), ale ją zostawię sobie na koniec. Zacznę więc od #4 “Set It Straight” i #8 “Twist the Knife”, oba kawałki są jak już wspomniałam mocno średnie, nudne i monotonne z nawet pozytywnym refrenem. W pierwszej piosence zdecydowanie zbędnym elementem jest słynny wypychacz przestrzeni czyli “oooooo ooooo ooooo oooo”, a zwrotki powinny być nieco żywsze. W drugiej zaś jest nadzwyczajnej w świecie nudno, refren odrobinę się wyłamuje sprawia, że ma się wrażenie iż może przy 30 odsłuchaniu w końcu przyzwyczaisz się do tego kawałka. A może się mylę i nie da się do niego przywyknąć? – Będę próbować. No i na koniec jak się domyślacie nieszczęsna #7-ka “Worst Case Scenario”, już sam tytuł zapowiada co nas czeka po kliknięciu play przy tym utworze. Nie wiem czy to jakiś błąd czy żart, ale piosenka w połowie brzmi jak All Time Low. I ok lubię amerykanów ale na tym longplayu nie oczekiwałam usłyszeć Alex’a Gaskarth’a a człowieka imieniem Bert. Do tego już sam początek tego kawałka woła o pomstę do nieba, brzmi jak Imagine Dragons w połączeniu z gwizdaniem. Oświadczam że mix “Imagine Time Low” się nie sprawdził i nie polecam kolejnych takich produkcji.

Podsumowując, wydawnictwo jest dość umiarkowane z jednej strony mamy naprawdę dobre kawałki a z drugiej terror w postaci dziwnego miksu znanych kapel i niepotrzebnej nikomu ballady (?). Ku spokoju mojej duszy nie mogę przyznać więcej punktów aniżeli 3,75 w naszej skali punktowej (0.25 z czystego sentymentu do grupy). Przy okazji szkoda, że zespół jak do tej pory nie zdecydował się na chociaż jeden utwór w swoim ojczystym języku, sądzę że na rynku amerykańskim byłaby to całkiem spora sensacja 😉 A i ja miałabym okazję podręczyć się językiem, którego niestety miałam okazję się uczyć jakiś czas temu.

Komentarze: