POST-HC.PL
strona główna o nas redakcja kontakt neutralsounds

Relacja z Sziget Festival 2014 – Część II

7 Sep 2014 | Sylwia Sarama

I czas na dalszą część relacji z Sziget Festival… Przypominam tylko, że poprzednią/pierwszą część znajdziecie w tym poście, tymczasem ja przechodzę bezpośrednio do dnia numer 3 (google podpowiada, że po węgiersku to három – niestety nie dane jest mi się nauczyć tego języka, bo wszelkie próby kończyły się połamaniem języka, ale to taka tam ciekawostka).

Niestety już pierwszej nocy wyszły na jaw moje starcze problemy, kości definitywnie odczuły brak karimaty a tu jeszcze 5 dni zabawy w kilkutysięcznym tłumie. Pani N. dobra rada poleca wszystkim wybierającym się na festiwale w przyszłym sezonie, zakupcie dmuchane materace, karimaty etc. Doprawdy przydatne rzeczy i nie obawiajcie się ciężaru bagażu (jak ja), lepiej ponosić ten kilogram więcej w przypadku materaca niż potem cierpieć – a jak już ktoś uczyni taki błąd … dobrym rozwiązaniem jest zrobienie mostka z pozycji stojącej np. O czym to ja.. no tak upalny dzień trzy, rozpoczęty nie od koncertu a od próby utopienia się w Dunaju. Należało wykorzystać istnienie plaży, która jak się potem okazało w kolejnych dniach miała już być zamknięta ze względu na podwyższony stan wody w rzece.

A po rozrywkach wodnych nastał czas na koncert Jake’a Bugg’a, na który udało nam się co prawda chwilę spóźnić ale mamy dobre usprawiedliwienie (droga scena -> plaża i odwrotnie to spory kawałek drogi przez wyspę). A do rzeczy … Jak w większości przypadków i na ten koncert niespecjalnie czułam się ‘przygotowana’, gdyż na co dzień nie słucham tego wykonawcy i generalnie tego typu muzyki (patrz nazwa strony chociażby). Przybyłam jednak zobaczyć, pobawiłam się do utworów mi znanych jak i pozostałych. Bardzo przyjemne ale muszę też przyznać nie pociągnęło mi szczęki w stronę Chińskiej Republiki Ludowej. Może to wina ospałego jeszcze tłumu ,a może podejścia Jake’a który wyglądał jakby znalazł się tam przez przypadek i było mu obojętne co też ludzie pod sceną pomyślą.

Co innego drugi koncert tego dnia! Spodziewałam się, że na kapeli zwanej Imagine Dragons będę tylko stała i czekała na oklepane do granic możliwości single z debiutanckiej płyty “Night Visions” a przez resztę czasu narzekała pod nosem jak bardzo studyjnie mi nie podchodzą. A tutaj niespodzianka jakich mało, nie dość że okazało się iż znam więcej piosenek niż w istocie myślałam to jeszcze mi się spodobało na tyle by zostać do końca koncertu. Plan nasz przewidywał bowiem udanie się na set The Big Pink, którzy przygrywali w namiocie A38 o tej samej godzinie. Jednocześnie tą formację widziałyśmy wcześniej na żywo, była więc sprawdzona przez całą ekipę i zatwierdzona pozytywnie. Jak się potem okazało nie udało nam się dobiec nawet na ostatnie 10 minut bo panowie, chyba specjalnie dla nas skończyli grać przed czasem. Namiot potem okazał się być jeszcze bardziej przeklęty i to nie dlatego, że zdarzało mu się przeciekać, gdy wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku tylko tam czas działał w innym wszechświecie ale o tym potem. Wracając jeszcze na chwilę jeszcze do Imagine Dragons, to najbardziej pozytywnie w moim odczuciu nie wypadło wcale “Radioactive” a inny troszeczkę mniej znany singiel pt. “On Top of the World”. Poniżej prezentacja czegoś co mnie najbardziej zaskoczyło w czasie koncertu, ponieważ nie sprawdzałam co grają na żywo usłyszenie Blur było dla mnie fajną niespodzianką.

Video autorstwa MartinezDenver
Trzy minuty przyśpiewywania “woooohoooo”, uwarzam za zamknięte i lecę dalej, czas na koncert moich ‘marzeń’ – Placebo. Od kilku lat notorycznie planowałam ich zobaczyć, ale nigdy ostatecznie nie dotarłam na ich występ – czy to Opener, czy Coke czy też Torwar zawsze znajdzie się jakiś powód by do tego nie doszło. I aż nie jestem w stanie opisać swojej radości gdy nastał wreszcie dzień gdy w końcu miało mi się to udać. Z góry było pewne, że tym razem odpuszczę Tom’a Odella, który grał w tym samym czasie – dzięki uprzejmości Marty mamy jednak zdjęcia z koncertu brytyjczyka :) Stojąc w tłumie fanatyków Brian’a Molko czułam się co prawda zdeczka dziwnie (tabliczki Brian marry me i te sprawy mnie przerastają) ale samopoczucie nadrabiałam słuchając ulubionych kawałków. Zastanawiam się tylko gdzie u diabła podział się klasyk pt. “Pure Morning”, którego na setliście zabrakło – nie ładnie panowie, oj nie ładnie! Pojawiło się za to “Space Monkey”, bez którego dzień byłby stracony a do tego “Post Blue” – prawdopodobnie najlepszy utwór jaki kiedykolwiek nagrali (standardowo to tylko moje odczucia, jeżeli ktoś uważa inaczej – droga wolna). A na zwieńczenie “Infra-Red”, koncertowo zawsze znacznie lepsze niż studyjnie gdzie ta wersja też jest niczego sobie. Proszę wybaczyć brak obiektywizmu, gdyż ten umarł jakiś czas temu (:

Kolejny problem ‘planu dnia’ to konflikt Skrillex na Main Stage / Miles Kane w A38. Byłam ciekawa zarówno nowej odsłony Sonny’ego Moore’a już nie w wersji emo jak to było za czasów From First To Last, a także Miles’a, bo tak – chyba nie mam w tym wypadku konkretnego powodu. Ostatecznie dokonałam cudu będąc na początku obu koncertów, przesłuchując spory kawałek setu Brytyjczyka by potem słuchać “Scary Monsters and Nice Sprites” pod główną sceną gdzie po raz pierwszy w czasie festiwalu przepełniła się płyta – po raz pierwszy ale potem bywało jeszcze gorzej, punktem kulminacyjnym był koncert Macklemore & Ryan Lewis, ale to już w części kolejnej mojej relacji. Wróćmy jeszcze do Skrillex’a mimo mojego zapału i biegania pomiędzy scenami nie czułam wielkiej satysfakcji, że się tam znalazłam. Być może lepszą decyzją byłoby pozostanie w A38 gdzie sam początek koncertu Miles’a Kane’a np. w postaci genialnego wykonania “Taking Over” prognozował na wyjątkowo dobry koncert – cóż musiałam się przekonać…

Zwieńczenie dnia to koncert Clean Bandit, nie wróżę im zbyt wielkiej i długotrwałej kariery skoro nie byłam w stanie dotrwać nawet do ich jedynego jak o tej pory hitu – “Rather Be”. Zbyt wielki chaos, który do muzyki nic nie wnosi – ew. nie wnosi nic do mojego życia i nie zamierzam poświęcać im więcej czasu.

Dzień numer cztery a tam między innymi kontynuacja tematu Macklemore’a w najbliższym czasie.

Zdjęcia: Sylwia Sarama, Marta Sobocińska – więcej tutaj

Komentarze: